Rozmowa z Adamem Myśliwcem

Rozmowa z Adamem Myśliwcem

Po zaciętym boju Stalma AZS UMCS Lublin wygrała wczoraj z Sokołem Ostrów Mazowiecka 91:77 i awansowała na drugą pozycję w tabeli drugiej ligi mężczyzn grupy B. Lubelscy koszykarze przez trzy pierwsze kwarty gonili rywali, co udało im się w końcu w czwartej. Duży udział w zwycięstwie miał Adam Myśliwiec, który w tym spotkaniu rzucił najwięcej – 25 punktów. Po meczu lider drużyny Przemysława Łuszczewskiego opowiedział nam o spotkaniu, poziomie drugiej ligi, celach zespołowych, ale także o swoich osobistych sportowych marzeniach.

Bartłomiej Olek – LUBSPORT.PL: Jak się czujesz bezpośrednio po meczu, w którym przechyliliście szale zwycięstwa na swoją stronę dopiero w ostatniej kwarcie?

Adam Myśliwiec: Oczywiście jesteśmy szczęśliwi, bo wynik jest na naszą korzyść. W ogóle się nie zanosiło na 14-punktową przewagę, a nawet na nasze zwycięstwo, bo jeszcze na początku czwartej kwarty przegrywaliśmy 9 “oczkami”. Rzuciliśmy wszystko na jedną kartę, graliśmy agresywniej w drugiej połowie, ale było widać po nas, że jesteśmy zmęczeni i obawialiśmy się, że możemy opaść z sił. Jednak na szczęście udało się zdobyć dwa punkty.

Dlaczego obejrzeliśmy jedną kwartę znakomitą, a trzy wcześniejsze dość przeciętne?

Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć, większość naszych meczów wygląda w ten sposób. Weszliśmy w ten mecz źle i potem musieliśmy gonić ten wynik. Tylko mecz z Piasecznem był taki, że wypracowaliśmy sobie przewagę na samym początku spotkania. Musimy popracować na koncentracją od pierwszych minut, bo nie może być tak, że tracimy mnóstwo sił w drugich połowach.

To wyglądało tak, że zaczęliście grać dobrze dopiero wtedy kiedy się wkurzyliście. To widać chociażby po twoich statystykach, dopiero w czwartej kwarcie zacząłeś walczyć pod tablicami i zbierać piłki.

Nie ma co ukrywać, że trzy kwarty mi nie wyszły i dopiero w czwartej zacząłem grać. Pomyślałem, że jeśli chcemy dogonić przeciwnika, to muszę trochę wziąć na siebie grę, bo jednak jestem jednym z liderów tej drużyny i dużo też ode mnie zależy. Musiałem zacząć trochę więcej walczyć. Miałem 0 fauli, dlatego w ostatniej odsłonie spotkania mogłem bardziej popracować łokciami. Ogólnie staram się nie łapać fauli na początku, żeby w drugiej połowie móc grać agresywniej.

Takie są założenia trenera?

Nie (śmiech), to są moje założenia. Od kiedy pamiętam miałem problemy z tymi faulami i postanowiłem sobie, że w pierwszej kwarcie mogę złapać góra jeden faul, w drugiej ewentualnie drugi, chociaż wtedy pojawia się dyskomfort. Nawet rozmawiałem o tym ze swoim tatą, bo on też jest trenerem. Warto w tej pierwszej kwarcie nie złapać faulu, bo później można grać bardziej komfortowo i mi rzeczywiście to pomaga.

A w tym meczu było dużo walki i prowokacji z obu stron…

Oj bardzo dużo. Chociaż na początku byliśmy trochę zaspani i nawet nie chcieliśmy reagować na ich zaczepki, ale rzeczywiście kiedy w drugiej połowie wciąż przegrywaliśmy, to musieliśmy podjąć walkę nawet słowną. Ja też miałem – nazwijmy to – jedną sprzeczkę z dwoma rywalami, ale wyjaśniliśmy sobie wszystko po meczu i już jest w porządku.

Przegrali własną bronią?

Szczerze to nie myślałem w ten sposób o tym w trakcie meczu, ale jak teraz mi o tym powiedziałeś, to rzeczywiście ostatecznie to oni dali się sprowokować. Zrobiły im się gorące głowy, na siłę chcieli odzyskać prowadzenie rzutami za trzy punkty, ale podejmowali próby z nieprzygotowanych pozycji. Jak się później okazało, były to złe decyzje.

Jeszcze warto dodać, że udało nam się powstrzymać Michała Wojtyńskiego, który rzucił tylko 11 punktów. To był nasz główny cel, bo wiedzieliśmy, że jeśli uda nam się go zatrzymać, to będziemy bliżej zwycięstwa. To też jest nasz sukces.

O tym meczu mogę mówić w samych superlatywach, ale oczywiście pierwsze trzy kwarty były gorsze, jednak czwarta wszystko rekompensuje. Myślę, że nawet jeśli kibice będę rozmawiać o tym meczu, to przyznają, że stał on na dobrym poziomie i dzięki czwartej kwarcie zapomną o wcześniejszych.

Nie uważasz jednak, że w tych pierwszych trzech częściach spotkania, po prostu nie walczyliście?

Niestety muszę przyznać ci rację, że trochę oddaliśmy pole rywalowi. Powiedzmy, że w dwóch kwartach, bo w trzeciej już naprawdę walczyliśmy i graliśmy agresywnie zwłaszcza w obronie. Przemek Łuszczewski też nas zmobilizował w przerwie. On często nam zarzuca, że nie mamy charakteru (śmiech), szczególnie właśnie po pierwszej połowie, dlatego te drugie połówki są zawsze lepsze. Dlatego na pewno też miał na to wpływ, my sami też się zmobilizowaliśmy zanim Przemek wszedł do szatni. Powiedzieliśmy sobie, że musimy wygrać, bo jest to mecz na naszym parkiecie. Przeciwnik co prawda był mocniejszy niż dotychczasowi rywale, ale we własnej hali nie można tracić punktów.

Trener Przemysław Łuszczewski w każdej chwili może wejść na parkiet, ale na razie tylko raz skorzystał z tej możliwości. Jakie macie ustalenia ze szkoleniowcem, wy wiecie wcześniej w którym meczu może wejść jeśli będziecie przegrywać, a w którym na pewno się nie pojawi i musicie liczyć tylko na siebie?

Nie mamy żadnej informacji od Przemka, czy on wejdzie w danym spotkaniu czy nie. Nic nam nie mówi przed meczami. Uzgodniliśmy jedynie, że będzie grał tylko w tych najtrudniejszych momentach, żeby dać pograć nam młodym chłopakom z Lublina.

Czy nie przynosi to negatywnego skutku w takim znaczeniu, że w głowie kotłuje się wam myśl, że trener w każdej chwili może wejść i pomóc?

W meczu z AZS AGH Alstom Kraków (przegrany przed własną publicznością 61:69przyp. red.) Przemek nie wszedł. Ja byłem pewny, że w końcu wejdzie na boisko i nam pomoże, bo przydałby się pod tablicami, ale nie zrobił tego ku mojemu zdziwieniu. Nie chce mówić za kolegów, ale po tym spotkaniu ja już o tym nie myślę, wiem, że my musimy dać z siebie wszystko i być uniezależnieni od decyzji Przemka.

Przed startem drugiej ligi trudno jest przewidzieć jaki będzie jej poziom. Jak ty go oceniasz już po tych kilku spotkaniach?

Zdawałem sobie sprawę, że ta gra będzie bardziej fizyczna niż w trzeciej lidze i rzeczywiście taka jest. Czuję to na własnych rękach, po każdym meczu mam mnóstwo siniaków, wszystko mnie boli. Natomiast ja grałem już nawet w pierwszej lidze, zresztą Mateusz Wiśniewski, czy Dawid Myśliwiec też, i wiem jak wygląda to na wyższych szczeblach, dlatego tym bardziej spodziewałem się trochę wyższego poziomu w drugiej lidze. Myślałem, że zespoły będą trochę bardziej wyrównane. Natomiast wygraliśmy już kilka spotkań różnicą około 15 punktów.

Apetyt rośnie w miarę jedzenie, zmieniły się wasze cele?

Przed sezonem zakładaliśmy sobie, że chcemy być w pierwszej piątce naszej grupy, bo potem te grupy się łączą i walczą o awans do pierwszej ligi. Dlatego celem była ta piątka, bo chcemy walczyć do końca. Myślę, że to się nie zmieniło, teraz widzimy, że ta pierwsza piątka jest w naszym zasięgu, ale nie ma sensu wybiegać daleko w przyszłość. Pokonaliśmy już pięciu rywali, ale przed nami kolejne spotkania, a przecież jeszcze wszystko może się zdarzyć, na przykład odpukać kontuzje, albo zniżka formy. Musimy skupiać się na najbliższych dniach.

Oj, a jeśli ja bym cię teraz sprowokował (śmiech) i zapytał o czym marzysz, kiedy pozwalasz sobie na różnego rodzaju fantazje? Przecież wszyscy od czasu do czasu pozwalamy sobie na to…

Czasami tak jest, rzeczywiście. Wiadomo, że kiedy było się młodym to chciało się grać w NBA, teraz te ambicje troszeczkę spadły, jestem realistą. Oczywiście, że chciałbym wrócić na poziom pierwszej ligi. Trenuję z tą myślą, żeby poprawiać swoje umiejętności oraz pewność psychiczną, bo głównie to ona mi przeszkodziła w lepszych występach w pierwszej lidze. No i wiadomo, marzeniem jest ekstraklasa. Na pewno będę chciał spróbować. Nie wiem jeszcze czy teraz, ale będzie taki moment, że będę szukał zatrudnienia w najwyższej klasie rozgrywkowej, jeśli tylko zdrowie mi dopisze. I to jest moja jedyna długoterminowa fantazja.

0 0 vote
Article Rating