Lu(źne)belskie myśli – #7 Obcokrajowcy

Lu(źne)belskie myśli – #7 Obcokrajowcy

Chavaughn Lewis i James Washington. Te dwa nazwiska kojarzą się chyba najbardziej fanom lubelskich ekip. Można jeszcze dodać Feyondę Fitzgerald, chociaż damska koszykówka nie jest tak popularna, jak męska. Nie oszukujmy się. Dzisiejsze dywagacje dotyczą obcokrajowców i ich wpływu na postrzeganie całej dyscypliny. Zapraszam!

Otóż zacząć należy od podziękowania i szacunku dla działaczy zarówno TBV Startu, jak i Pszczółek. Ściągnięcie sportowców takiego formatu jak wyżej wspomniana trójka to naprawdę nie byle co. Gdyby nie Chavaughn Lewis, James Washington i Feyonda Fitzgerald, Kozi Gród wyglądałby zupełnie inaczej. Nie znaczy, że gorzej, bo w ich miejsce byliby po prostu inni. Nie zmienia to faktu, że lubelskim zespołom liderują Amerykanie.

Jak wielokrotnie pisałem, rynki sportowe w USA i w Polsce, różnią się od siebie diametralnie. Koszykówka stoi w tych miejscach na zupełnie innych poziomach, toteż w Stanach obcokrajowiec jest traktowany bardziej jako ciekawa niewiadoma, bowiem Amerykanie są przyzwyczajeni, że to właśnie ze Stanów wychodzą najlepsi koszykarze świata. Historia potwierdza to w większości przypadków. Zdarzają się wyjątki. Są nimi gracze obdarzeni ogromnym talentem. Dirk Nowitzki, Pau i Marc Gasolowie, Steve Nash, Kristaps Porzingis czy dopiero przymierzany do NBA, świeży mistrz Eurobasketu – Luka Doncic. Jest rzecz jasna zdecydowanie więcej takich zawodników, ale w najlepszej lidze świata skala talentu i poziomu sportowego jest tak duża, że gwiazda w każdym zespole to norma.

A u nas? Swego czasu Qyntel Woods był liderem PLK i najlepszym strzelcem ligi. Grał przecież na naszym podwórku zawodnik Cleveland Cavaliers, Orlando Magic czy Los Angeles LakersChristian Eyenga. W 2013 roku podpisał kontrakt z ówczesnym Zastalem Zielona Góra. Z miejsca zaczął się wyróżniać, jednak na dłużej nad Wisłą nie zabawił. W tym sezonie mamy m.in. Chavaughna Lewisa i Ivana Almeidę, którzy są liderami swoich ekip. Wiecie, mam wrażenie, że więcej mówi się o dobrze wyszkolonym obcokrajowcu, niż o równie dobrze dysponowanym naszym rodaku, a takich w PLK również nie brakuje i cieszę się, że trener naszej kadry, Mike Taylor postanowił dać kilku z nich szansę i powołał nowych zawodników do szerokiego składu na lutowe mecze eliminacyjne.

Mam nadzieje, że taki mentalny American Dream nikogo nie zaślepia, nie zasłania rzeczywistości i nie powoduje szkód. W sumie nie chodzi tylko o basket, ale można tu wpisać każdą dziedzinę życia. Wracajmy jednak na parkiet.

Ostatnio pojawiła się w mediach informacja, że agent Nate’a Robinsona (jak ktoś nie kojarzy, to m.in. dwukrotny mistrz konkursu wsadów NBA, mierzący około 175 cm) – wysłał propozycję kontraktu do klubów w Polsce. Okazało się, że wymagania są tak duże, że na razie nie skorzystano z tej oferty. No i spoko. American Dream by pewnie był, ale za jaką cenę? I nie chodzi tylko o kasę – jeśli taki trend by się utrzymał, to wpłynęłoby to destrukcyjnie na promowanie polskich zawodników. Nie mam nic przeciwko transferom, obcokrajowcom, czy naturalizowanym zawodnikom. Po prostu myślę, że jeśli faktycznie chcemy naśladować Stany Zjednoczone, to weźmy z nich przykład i stawiajmy na swoich. Nie każdy kraj musi być potentatem basketu, ale najpierw trzeba budować na skale, żeby konstrukcja przetrzymała. A materiał, jaki mamy, taki mamy. Korzystajmy z niego. Oby taki trend nigdy się nie zmienił.

Lepiej być jak wróbel przy orle, stawać w prawdzie i mówić o tym, niż jak w tym kawale: – Na drzewie siedzi wróbel, przylatuje kruk. Wróbel pyta – jakim jesteś ptakiem? On odpowiada: krukiem, a Ty? – Ja to jestem orzeł, tylko trochę chorowałem! Nie chorujmy niepotrzebnie, bądźmy sobą. Zawsze, wszędzie i na każdej płaszczyźnie. Do napisania!