Puchar Polski za nami, czyli krajobraz po bitwie

Puchar Polski za nami, czyli krajobraz po bitwie

Brak rozgrywającego, złamany nos, porażka w ćwierćfinale – to bilans Startu Lublin po Suzuki Pucharze Polski. Podopieczni Davida Dedka przegrali z Anwilem Włocławek 81:87 i odpadli z rywalizacji już pierwszego dnia. Trofeum zdobył aktualny mistrz Polski, pokonując w finale Polski Cukier Toruń 103:96. Wszystkich kibiców, niezależnie od barw klubowych, może cieszyć optymalna dyspozycja Damiana Kuliga i Karola Gruszeckiego – nasi reprezentanci dobrze zaprezentowali się w spotkaniach, które poprzedziły domowy mecz reprezentacji Polski z Izraelem.

Czerwono-czarni w starciu z Anwilem pokazali to, z czego słyną od początku sezonu. Mocny charakter poparty dobrze naoliwionym i funkcjonującym kolektywem. Lublinianie grali z mistrzem Polski bez rozgrywającego. Trener David Dedek nie mógł skorzystać z Tweetego Cartera, a Grzegorz Grochowski, który wybiegł w s5, zderzył się w drugiej minucie meczu z McKenzie Moorem. O ile Amerykanin szybko pozbierał się po upadku i wrócił do gry w drugiej połowie, o tyle Grzegorz doznał wstrząśnienia mózgu i złamania nosa. Z hali wyjeżdżał na noszach, ale kiedy usłyszał swoje imię, skandowane przez kibiców – podniósł rękę. Promyk nadziei wlał się wówczas w serca wszystkich, zwłaszcza że na ławce rezerwowych ratownicy medyczni długo nie mogli doprowadzić go do stanu używalności.

Wracając do meczu – Start mimo wszystko podniósł się po tym zdarzeniu i długo nie dawał Anwilowi odjechać. W rolę rozgrywającego wcielił się Brynton Lemar i chociaż nie jest to jego naturalna pozycja, starał się ciągnąć zespół (pomagał mu jak mógł i potrafił Bartłomiej Pelczar). Po pierwszej połowie Start prowadził, jednak drużyna z Włocławka dopadła czerwono-czarnych na dobre w czwartej kwarcie i wyprowadziła kilka morderczych ciosów. Podopieczni Davida Dedka nie byli w stanie odpowiedzieć i pożegnali się z turniejem, zostawiając po sobie dobre wrażenie. Wrażenie, które towarzyszy im od początku bieżącego sezonu.

Tego samego niestety nie można powiedzieć o mistrzu Polski, jednak Anwil ostatecznie wykosił wszystkich i zgarnął Puchar Polski. Odebrał trofeum zeszłorocznemu triumfatorowi – BM Slam Stali Ostrów Wielkopolski. MVP turnieju finałowego został Shawn Jones (w finale– 27 pkt 11/12 z gry, 5 zbiórek, 2 asysty, 3 przechwyty). Włocławianie są na fali wznoszącej i zdaje się, że w świadomości koszykarskiego środowiska na dobre wrócili do bycia jednym z faworytów triumfu w lidze – zwłaszcza patrząc na formę Shawna Jonesa i Chase’a Simona (po kontuzji nie widać śladu).

Dobra forma może cieszyć nie tylko kibiców Anwilu. W trackie PP z niezłej strony pokazali się nasi reprezentanci – Karol Gruszecki i Damian Kulig. Obaj odegrali ważną rolę w marszu do finału i w decydującym spotkaniu z Włocławkiem. Ciężko zapomnieć jak się gra w koszykówkę w 3 dni, więc na mecz z Izraelem można jechać w jeszcze lepszych humorach. Patrząc na reprezentantów, nie można zapomnieć o Michale Michalaku, Łukaszu Koszarku i Jarosławie Zyskowskim. Zawodnicy Stelmetu przeszli przez turniej bez echa, bo Zyzio zagrał przeciętnie, a Koszarek przyzwyczaił nas do trójek w arcyważnych momentach, ale zatrzymajmy się chwilę przy Michale Michalaku.

Zawodnik Legii Warszawa miał ciężką przeprawę z HydroTruckiem Radom, jednak zdołał trafić sześć rzutów i zebrać 10 piłek. Praktycznie cała liga wie, że Michalakowi trzeba mocno przeszkadzać, gdy gra na piłce – na ligowych parkietach nie ma więc łatwego życia. Miejmy nadzieję, że ekipa z Izraela dowie się o tym w trakcie meczu, albo najlepiej po, jak już Michał trzaśnie 30 punktów. Zawodnik Legii był również jednym z koszykarzy biorących udział w konkursie rzutów za trzy. Awansował do finału (ta sztuka nie udała się Martinsowi Laksie), jednak tam okazał się słabszy zarówno od Michała Chylińskiego, jak i Michaela Hicksa. Ten ostatni okazał się triumfatorem i zgarnął statuetkę najlepszego snajpera. Jego forma również może cieszyć wszystkich, bo przed nami kwalifikację do Igrzysk Olimpijskich w koszykówce 3×3, a “Money in the bank” powinien być główną postacią naszej kadry.

Oprócz rzutów z dystansu, w trakcie Pucharu Polski rozegrano także konkurs wsadów. Trofeum trafiło w ręce Thomasa Davisa z ekipy King Szczecin. Trzeba przyznać, że oceny poszczególnych zagrań były…dziwne – i przy tym słowie zostańmy. Chociaż oglądając Slam Dunk Contest w NBA, możemy się cieszyć. Zdaje się, że o kontrowersjach najwięcej może powiedzieć Aaron Gordon z Orlando Magic, zeszłoroczny triumfator konkursu wsadów za oceanem. Tak czy inaczej, kolejny Puchar Polski przeszedł do historii, a kibiców znowu czeka proza życia. Oby w tej ligowej beczce miodu dla koneserów, spotkania reprezentacji (20 i 23 lutego) nie okazały się łyżką dziegciu.

fot. Piotr Piątek, Elbrus Studio