Dokąd zmierza lubelska piłka? (Publikacja czytelnika)

Dokąd zmierza lubelska piłka? (Publikacja czytelnika)

Aby móc podjąć się próby zrozumienia istoty problemu, jakim jest nieustanna kompromitacja polskich ligowców na arenie międzynarodowej, trzeba – jak w większości profesji – zagłębić się do fundamentów. Dlatego też, zaczynając swoją przygodę jako obserwator, postanowiłem na początku przyjrzeć się poczynaniom piłkarzy, którzy aspirują do uprawiania profesjonalnego futbolu. W tym celu co weekend jeździłem na mecze lokalnych drużyn z województwa lubelskiego. Niestety z perspektywy czasu większość z tych weekendów wolałbym spędzić w inny sposób, a co się zobaczyło – jak to się mówi – się „nie odzobaczy”.

Lubelskie boiska goszczą na swojej ziemi rozgrywki I, II i III ligi. Wiosną roku 2017 – po desperackiej walce o utrzymanie Górnika Łęczna – zarówno zawodnicy, jak i kibice, pożegnali się z Lotto Ekstraklasą. Po degradacji nastroje w klubie na pewno nie były zadowalające, a napięta sytuacja wśród sympatyków zespołu, aż prosiła włodarzy tego klubu o pokorę i przysłowiowe – zwykle mówione na uspokojenie kibiców i oszukanie samego siebie – wyciągnięcie wniosków, które oczywiście w tej, jak i innej sytuacji, powinno być antonimem procederu szablonowego postępowania. Podczas sezonu 2016/2017, wielu kibiców odwróciło się od wspierania Górnika z racji tego, iż mecze ligowe rozgrywane były na Arenie Lublin. Oczywiście mieli w tym swoje racje, ale nie będę się nad tym szerzej rozwodził. Jak wszyscy wiemy, temat ten budzi kontrowersje, zarówno te stricte sportowe, jak też te dotyczące całej otoczki związanej z finansami, logistyką i szeroko rozumianą organizacją meczów. Zielono-czarni po spadku do I ligi powrócili na obiekt w Łęcznej. Kto by pomyślał, że drużyna, która jeszcze rok temu biła się o utrzymanie w Lotto Ekstraklasie, dziś – gdyby nie problemy finansowe Ruchu Chorzów, który został w konsekwencji ukarany utratą 5 punktów – zajmowałaby ostatnie miejsce w tabeli. Myślę, że nie tylko ja zadaję sobie pytanie – Jak to jest możliwe? Nawet biorąc pod uwagę fakt, iż kilku kluczowych zawodników opuściło szeregi łęcznian po spadku, czy też odejście Franciszka Smudy do Łodzi – nadal nie potrafię zrozumieć, jak szybko można stracić ducha walki, determinację i serce do gry na przestrzeni zaledwie pół roku.

9 sierpnia 2017 roku odbyło się spotkanie, które nazywane było przez media „hitem kolejki”. Górnik na własnym stadionie podejmował bowiem Podbeskidzie Bielsko-Biała. Mierzyły się zatem drużyny, które jeszcze wiosną 2016 roku rywalizowały ze sobą na poziomie Lotto Ekstraklasy. Przyjeżdżając na ten „szlagier” byłem pełen obaw, a jednocześnie z nadzieją myślałem o tym, że spotkanie to przyniesie Górnikom drugie zwycięstwo w sezonie i rozpocznie marsz ku najwyższej pozycji w tabeli. Do momentu potyczki z Góralami, łęcznianie posiadali skromny, pięciopunktowy dorobek, który po siedmiu rozegranych meczach plasował ich w strefie spadkowej. Na całe szczęście zarówno dla siebie, jak i kibiców – Górnik wygrał to spotkanie dosłownie wyszarpanym golem w 88. minucie zdobytym przez Patryka Szysza, który wraz z doświadczonym Grzegorzem Boninem byli najjaśniejszymi punktami swojej drużyny w tym spotkaniu. Mecz miał charakter defensywny z lekką przewagą na korzyść bielszczan. Jeżeli na stadionie znajdowały się wówczas osoby, które wyleczyły się z narkolepsji, mogły mieć pretensje do zawodników obydwu drużyn o to, iż bardzo długimi fragmentami spotkanie miało charakter usypiający. Ostatecznie w końcówce spotkania determinacja oraz wola walki młodego napastnika zielono-czarnych zdecydowała o tym, że szala zwycięstwa przeważyła się ostatecznie na stronę zawodników z Lubelszczyzny.

Górnik wygrał kolejne dwa spotkania. Wyjazdowe z Ruchem Chorzów (1:2) i domowe z GKS-em Tychy (1:0). Można zatem wysnuć wniosek, że drużyny ze Śląska były dogodnymi rywalami dla podopiecznych Tomasza Kafarskiego (ówczesnego trenera), ponieważ do końca rundy piłkarze z Łęcznej nie odnieśli już żadnego zwycięstwa czterokrotnie remisując i pięciokrotnie przegrywając. Jednak czy można wrzucać wszystkich do jednego worka? Jak pokazują ostatnie mecze rudny jesiennej, w których łęcznianie mierzyli się odpowiednio z GKS-em Katowice (1:3) – na własnym obiekcie oraz Zagłębiem Sosnowiec (2:2) na terenie przeciwnika, a więc śląskimi drużynami – można pokusić się o dwie hipotezy: albo Górnik, po heroicznym zwycięstwie złapał wiatr w żagle, lecz szybko zawinął do portu, obawiając się głębokiej wody lub też zarówno Ruch Chorzów, jak i GKS Tychy, były w tych dniach w słabszej dyspozycji.

Mecz z GKS-em Tychy był niewątpliwie światełkiem w tunelu, które jednak bardzo szybko zgasło. Wspaniałe spotkanie w wykonaniu jednych i drugich. Dramaturgia, poświęcenie, szybkie tempo i mnóstwo akcji ofensywnych – to jest to, co kibice kochają i czego oczekują przychodząc na mecz. Nie ważne, czy mamy do czynienia z piłką amatorską, czy też profesjonalną – emocje zawsze odgrywają miażdżącą rolę. Ubolewam nad tym, że polskie kluby bardzo rzadko rozpieszczają swoich sympatyków takimi obrotami sprawy, jak to miało miejsce 23 września 2017 roku, na stadionie w Łęcznej. Jedynym niedosytem mogło być to, iż Patryk Szysz miał trzykrotną szansę, aby podwyższyć wynik spotkania, jednak pudłował w praktycznie 100% sytuacjach. Prawdę mówiąc nie ma to większego znaczenia, ponieważ Górnik w tym meczu pokazał klasę, waleczność, niesamowitą boiskową inteligencję i dojrzałość. Wszystko to jednak, w kolejnych potyczkach obróciło się przeciw zielono-czarnym. Można zatem śmiało pokusić się o stwierdzenie, że tego dnia ponieśli oni pyrrusowe zwycięstwo.

Górnikowi Łęczna należy się jednak ukłon i szacunek za to, że przez kilka lat utrzymuje się w najwyższych rozgrywkach w Polsce i dumnie reprezentuje nasze województwo. Pozostało nam trzymać kciuki, aby łęcznianie utrzymali się w I lidze, a za rok wywalczyli awans do Lotto Ekstraklasy.

Długa droga do najbardziej prestiżowych rozgrywek w Polsce czeka natomiast Motor Lublin, który od kilku sezonów nie potrafi wydostać się z III-ligowej areny zmagań. Przypomnijmy: po reformie wprowadzonej przez Polski Związek Piłki Nożnej, od sezonu 2016/2017 drużyna, która wywalczy na przestrzeni 34 meczów pierwsze miejsce w tabeli – awansuje bezpośrednio do II ligi. Lubelscy piłkarze w poprzednim sezonie byli bardzo blisko upragnionego awansu, jednak ostatecznie przegrali rywalizację z krakowską Garbarnią. Spotkaniem, które niewątpliwie zaważyło o klęsce Motorowców był mecz z Orlętami rozegrany na radzyńskiej ziemi. Lublinianie ponieśli porażkę 4:1, co praktycznie definitywnie przekreśliło ich marzenia o promocji do II ligi. Zapewne było kilka czynników, które ostatecznie przyczyniły się do takiego obrotu sprawy. Możemy wspomnieć o presji, zlekceważeniu przeciwnika, słabej dyspozycji… ale czy nie jest śmieszne, aby usprawiedliwiać tym piłkarzy grających w III lidze, którzy aspirują na zawodowców? Odpowiedź znamy chyba wszyscy. Oczywiście nie zależy mi na tym, aby siać krytykę i zniechęcać kibiców do wspierania lokalnych drużyn. Należy oddać Motorowi to, iż jako nieliczni ze wszystkich trzecioligowych drużyn grupy IV posiadają umiejętności pozwalające im na występowanie w wyższych klasach rozgrywkowych. Według mnie brakuje tutaj przede wszystkim systematyczności, która okazuje się, że jest przydatna nie tylko w uczeniu się języków obcych, ale również w odnoszeniu sukcesów w piłce nożnej.

Sezon 2017/2018 piłkarze Motoru zaczęli od porażki z Podhalem Nowy Targ, a po czterech kolejkach na 12 możliwych punktów zgromadzili tylko 4. Nie był to dobry prognostyk dla podopiecznych trenera Marcina Sasala, jednak od meczu z Karpatami Krosno na własnym stadionie, po efektownej wygranej (5:0) było już tylko lepiej. Na 13 spotkań – 10 padło łupem lublinian, ponieśli dwie porażki – w tym jedną dotkliwą z Sołą Oświęcim (6:0) – oraz zremisowali w kończącym rundę jesienną meczu na szczycie z KSZO Ostrowiec Świętokrzyski (0:0). Wnioski? Odnoszę wrażenie, że drużyna Motoru Lublin nie potrafi w pełni profesjonalnie podejść do swojej pracy. Zarówno kibice, jak i obserwatorzy zauważają brak stabilności, niekiedy zaangażowania i dyscypliny. Chodząc na mecze Motorowców można ulec wrażeniu, iż to kibice są bardziej zdeterminowani do tego, aby wygrać mecz, niż sami piłkarze. Z całym szacunkiem – nie chcę i nie oceniam indywidualnych umiejętności zawodników, ponieważ grając na 50% swoich możliwości potrafią z łatwością wygrywać mecze, ale co działoby się, gdyby dorzucili jeszcze 30%?

Kiedy po zakończeniu jesiennej rundy rozgrywkowej, poprosiłem Igora Korczakowskiego o udzielenie wywiadu dla Lubsportu – odmówił. Decyzję swoją uargumentował słowami „Nie uważam, abym dokonał czegoś wielkiego. Gdy wywalczymy awans, rozważę propozycję udzielenia wywiadu. Teraz chcę jedynie skupić się na tym, aby pomóc drużynie w walce o II ligę”. To pokazuje jak skromnym, a jednocześnie pewnym siebie człowiekiem jest Korczakowski. Oczywiście była to dla mnie wielka strata, ponieważ Igor, jako jeden z nielicznych piłkarzy zwrócił moją uwagę podczas meczów. Pragnę przypomnieć, iż popularny „Kurczak” ma 19 lat. Środkowy pomocnik Motoru jako jeden z nielicznych piłkarzy naszego regionu daje mi radość z oglądania go w akcji oraz pozostawia przy nadziei, że w polskiej piłce przyjdą czasy świetności. Igor zajmuje na boisku bardzo niewdzięczną pozycję. Statystyczny kibic nie zwraca uwagi na pracę środkowego pomocnika w defensywie, czy też w rozprowadzaniu akcji ofensywnych. Nie licząc przypadków, w którym zawodnik traci piłkę, albo po prostu nie uda mu się podanie. Przez to bardzo często można usłyszeć „eksperckie” wypowiedzi na stadionie, które niezbyt przychylnie oceniają grę Korczakowskiego i reszty piłkarzy aspirujących do najwyższego poziomu gry. Najważniejsze jednak jest to, że chłopak się tym kompletnie nie przejmuje i robi swoje, co obrazują statystyki. W meczu z Chełmianką Chełm Igor zanotował 7 udanych przejęć, po których 5-ciokrotnie wyprowadził akcję ofensywną otwierającą drogę do niszczycielskiego kontrataku. Inną sprawą jest natomiast to, że koledzy z drużyny często mają problemy z przyjęciem, precyzją i orientacją w polu karnym przeciwnika.

W rundzie jesiennej obecnego sezonu największe wrażenie wywarł na mnie zespół Motoru Lublin U19. Jak można zaobserwować w zakładce „Publikacje Czytelników” na portalu Lubsport – są tam moje trzy artykuły dotyczące właśnie tej drużyny. Przeglądając komentarze, pod jedną ze swoich relacji przeczytałem „błyskotliwy” komentarz, który wywołał we mnie śmiech oraz zmartwienie. Pozwolą Państwo, że zacytuję: „Kogo obchodzą dziecięce ligi?!”. No właśnie. Trafny komentarz. Pomimo, że sporo w nim zawiści i typowej „polskości”, to jednak niesie on trochę prawdy. Mentalność kibiców jest naprawdę zatrważająca. Bo po co dawać szansę do gry młodemu, rokującemu zawodnikowi w pierwszej drużynie, skoro można zagrać składem ze średnią wieku 30 lat. Zgodzę się z tym, że pod względem siły fizycznej i obycia na murawie w piłce seniorskiej dla statystycznego młodzieżowca jest ciężkim wyzwaniem, ale z drugiej strony kiedy jak nie teraz? Proceder ten porównać można do sytuacji na rynku pracy, w której od początkujących pracowników wymaga się ogromu doświadczenia i umiejętności, ale gdzie zarówno ten pracownik, jak i młody piłkarz ma szukać tego doświadczenia i nabywać te umiejętności?

Wracając do młodzieżowego zespołu Motoru Lublin – to, jaką pracę wykonują zarówno piłkarze oraz trener Tomasz Jasik, składa same dłonie do oklasków i napawa ogromnym optymizmem. Mając przyjemność obserwowania zmagania tej drużyny dostrzegłem ogrom pasji, zaangażowania i taktycznego zorganizowania, czyli wszystko to, co często szwankuje w seniorskiej drużynie Motoru. W każdej formacji znajduje się piłkarz, który kieruje określoną linią i każdy z nich radzi sobie bardzo dobrze z taką odpowiedzialnością na barkach. Ciężko jest kogokolwiek wyróżnić, bo wszyscy są naprawdę bardzo dobrzy. Jedni swoje miejsce w składzie zawdzięczają talentowi, drudzy wkładają więcej pracy w to, aby móc rywalizować w Centralnej Lidze Juniorów. Wszystkich natomiast łączy jedno – dążenie do doskonałości. Coraz liczniejsze grono kibiców, które gromadzi się na meczach juniorów w tym sezonie, nie może narzekać na słaby poziom widowiska, który fundują im ich ulubieńcy.

Motor Lublin to klub z tradycjami. Kibice, którzy wiernie od pokoleń towarzyszą im podczas meczów są niezastąpieni. Przez 90 minut zdzierają gardła, a wszystko po to, aby zagrzać swoich piłkarzy do walki. Osobiście podziwiam zaangażowanie oraz tworzenie kapitalnej atmosfery na trybunach. Życzę Motorowcom tego, aby chociaż w połowie mogli pokazać na boisku to, co potrafią ich kibice na trybunach.

Bardzo duże wrażenie wywarła na mnie Chełmianka Chełm, która mocno depcze po piętach Motorowi zajmując aktualnie drugą pozycję z trzypunktową stratą. Trener Artur Bożyk wykonuje wspaniałą pracę w tym klubie, co zresztą zostało nagrodzone w postaci tygodniowego pobytu szkoleniowca Chełmianki w Ośrodku treningowym Realu Madryt. Nie będę zagłębiał się w szczegóły, ponieważ prasa kilkakrotnie sygnalizowała swoim czytelnikom o tym niewątpliwie ogromnym zaszczycie. Powiem tylko jedno – można. Chełmianka w starciu z Motorem 21.10.2017 r., które odbyło się na Arenie Lublin zostawiła po sobie bardzo dobre wrażenie. Objęła nawet prowadzenie w 25. minucie meczu, jednak według sędziego bramka ta została zdobyta w sposób nieprawidłowy, co w moim odczuciu było niesprawiedliwym werdyktem. Chełmscy piłkarze bardzo długo utrzymywali organizację w defensywie, jednak w 86. minucie Dawid Dzięgielewski zapewnił 3 punkty miejscowym.

„Raz na wozie, raz pod wozem” – to idealne przysłowie opisujące większość meczów rozgrywanych przez zawodników Avii Świdnik. Poziom dramaturgii sięgał zenitu. Piłkarze żółto-niebieskich w większości potyczek rozgrywanych na swoim stadionie zwykle jako pierwsi obejmowali prowadzenie. Po zdobyciu bramki cała drużyna momentalnie traciła zaangażowanie, co skutkowało stratą bramki. Paradoksalnie owocowało to ponownym nabraniem wiatru w żagle i wyjściu na prowadzenie, które bardzo często dawał – zwykle wchodzący z ławki – Wojciech Białek. Jednak piłkarze Avii rzadko potrafili w ostatecznym rozrachunku „dowieźć” zwycięstwo, ostatecznie remisując bądź przegrywając. Długo myślałem nad tym, co było tego przyczyną, jednak nadal nie potrafię znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Wiem natomiast, że potencjał w tej drużynie na to, aby pozostać w obecnych rozgrywkach jest ogromny. Mam nadzieję, że nowy trener będzie potrafił uwolnić drzemiące w piłkarzach możliwości i zagwarantować klubowi oraz kibicom pozostanie w III lidze.

Ciężko mi jest ocenić zmagania pozostałych drużyn występujących w III lidze, jakimi są: Orlęta Radzyń Podlaski oraz Podlasie Biała Podlaska z racji tego, iż rzadko kiedy zdarzało się, abym mógł oglądać zmagania tych drużyn. Nie chcę zatem wystawiać oceny, która dotyczyłaby jedynie moich przypuszczeń, a nie przeżytych doświadczeń. Mogę jednak stwierdzić iż wyżej wymienione drużyny nie czują takiej presji jak Górnik czy też Motor, ponieważ satysfakcjonuje ich gra na tym poziomie, a ewentualny sukces byłby dla nich nie lada niespodzianką i nagrodzeniem solidnej pracy.

W przypadku puławskiej Wisły powrót trenera Bohdana Bławackiego dał impuls, który przyczynił się do wydostania ze strefy spadkowej II ligi. Miejmy nadzieję, że ukraiński szkoleniowiec wniesie do tej solidnej drużyny swoje bogate doświadczenie i pozwoli zmazać plamę słabych występów poprzez odnoszenie efektownych zwycięstw, które będą miały miejsce w rundzie wiosennej 2018 roku.

Jak mówi powiedzenie – „ryba psuje się od głowy” – dlatego też warto zastanowić się nad tym, czy piłkarze reprezentujący niższe ligi są w stanie aspirować do gry w ekstraklasie. Jest wiele utalentowanych zawodników, którzy biegają po boiskach lokalnych drużyn. Bardzo często ich talent zostaje zmarnowany poprzez egoizm władz klubu, którzy za wszelką cenę chcą zatrzymać dobrego zawodnika w zespole trzecio, czy drugoligowym, blokując tym samym jego rozwój. Często też nasza polska mentalność, której brakuje systematyczności i zaangażowania doprowadza do tego, że piłkarz idzie drogą, która nie wymaga od niego ciężkiej pracy. Osiada na laurach nie myśląc o tym, jak daleko mógłby zajść w przyszłości i jak bardzo mógłby wspomóc polską piłkę, aby była ona jedną z najsilniejszych w Europie.

Życzę lubelskim klubom oraz ich sympatykom udanej rundy wiosennej, która miejmy nadzieje przyniesie awanse do wyższych lig oraz zapobiegnie spadkom do niższych klas rozgrywkowych.

 

 

Tekst nadesłany przez Bartłomieja Palusa. Dziękujemy!

Artykuł jest wyrazem prywatnej opinii autora, redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść tego artykułu, jak również nie był on poddany korekcie.

fot. Robert Romaniuk