Kamil Stachyra: Patrzę inaczej na życie (Wywiad)

Kamil Stachyra: Patrzę inaczej na życie (Wywiad)

– Gdyby pojawiła się fajna oferta, to czemu nie? – mówi nam Kamil Stachyra w kontekście kontynuacji swojej kariery. Obecnie 30-latek kojarzony doskonale przez kibiców z wieloletniej gry w Motorze Lublin czy Górniku Łęczna jest wolnym zawodnikiem, a my skorzystaliśmy z okazji i zapytaliśmy go o najciekawsze wydarzenia z mijającego roku – dodajmy – roku dla Stachyry szczególnego. W rozmowie przeprowadzonej 22 grudnia nie zabrakło pytań o okoliczności rozstania z Motorem, najświeższy rozdział kariery w Jarosławiu, a przede wszystkim o przyszłość popularnego Kapiego. Przy okazji nasz rozmówca udowodnił, że ma nosa do typowania wyników, a nawet strzelców bramek. Zapraszamy do lektury!

Michał Wójcik – LUBSPORT.PL: To był dla Pana szczególny rok. Jak ocenia Pan te mijające 365 dni, przede wszystkim, jeśli chodzi o aspekt sportowy?

Kamil Stachyra: Uważam, że ten rok był dla mnie trochę dziwny. Z Motorem walczyliśmy o awans, ale nie udało się tego celu osiągnąć, a potem w dziwnych okolicznościach rozstałem się z klubem. Moim zdaniem źle wyszło, ponieważ nie powinno się w taki sposób załatwiać tego typu spraw, ale to już pytanie nie do mnie, dlaczego tak się stało… Klub zachował się niezrozumiale, lecz cóż – wyszło, jak wyszło. Ja wciąż życzę Motorowi jak najlepiej, choć nie chciałbym do tego tematu wracać. Następnie brałem udział w przygotowaniach do sezonu z Górnikiem Łęczna (na początku sierpnia – przyp. red.). Tak naprawdę jedną nogą byłem już w Górniku, ale ostatecznie nie dogadaliśmy się.

Nim przejdziemy do najświeższego okresu z Jarosławia, zapytam jeszcze o Motor. Nie ukrywał Pan nigdy, że ten klub leży głęboko w Pańskim sercu.

Skomentuję to w ten sposób, że po spadku z II ligi (w sezonie 2013/2014 – przyp. red.), wiadome było, że każdy chciałby nadal w niej grać, stąd zespół się rozpadł, ale mimo to zostałem, ponieważ paru zawodników również nie opuściło klubu. Naszym opiekunem był trener Mariusz Sawa, przyszedł prezes Waldemar Leszcz. Mieliśmy odbudować klub, oczywiście nie od razu, bo był to proces rozłożony na lata. Rozpoczęła się również budowa zespołu. Mieliśmy dobrą rundę wiosenną (11 zwycięstw, trzy remisy i tylko jedna porażka – przyp. red.), ale później przyszły zmiany, które ktoś z góry zarządził. W następnych latach Motor chciał awansować, lecz się nie udawało. Nie chciałem nigdzie wyjeżdżać, ponieważ zależało mi na awansie z klubem do wyższej ligi. Niestety, mówi się “trudno”, choć oczywiście bardzo szkoda, że to nie wyszło.

Zamknijmy powoli temat związany z Motorem. Gdy patrzy Pan na aktualną tabelę grupy IV III ligi, to ma Pan wrażenie, że lublinianom uda się wygrać te rozgrywki, czy znów może im się powinąć noga?

Uważam, że Motor ma najlepszy skład na tę ligę. Praktycznie na każdej pozycji klub dysponuje dwoma wyrównanymi graczami. Na dzisiaj spośród zespołów III-ligowych nikt nie ma takiej kadry. Na papierze wygląda to super, ale Chełmianka też fajnie zagrała tę rundę i kilka innych zespołów również. Widzimy, że czub tabeli jest bardzo spłaszczony. Szósta drużyna (KSZO 1929 Ostrowiec Świętokrzyski – przyp. red.) ma cztery punkty straty do lidera, a siódma, czyli Stal Rzeszów, odstaje tylko na pięć oczek od Motoru. Wszystko może więc jeszcze się odwrócić. Liga z pewnością będzie ciekawa do końca, ale personalnie Motor jest najsilniejszy. Myślę, że to super mieć taką kadrę i móc nią dysponować i tego inne kluby mogą tylko pozazdrościć.

Myślę, że nie jest wielkim zaskoczeniem to, że Motor przewodzi stawce. Jeżeli możemy mówić o jakimkolwiek zaskoczeniu, to pewnie w kwestii różnicy punktowej, o której Pan wspomniał.

Zgadza się. Każdy myślał, że Motor odskoczy od razu, ale tak jak mówię: mecz meczowi nierówny. Są różne boiska, są różni rywale. Wiadomo, że pozostałe zespoły bardziej spinają się na Motor, bo to jest uznana marka. Podobnie spinają się na Stal Rzeszów czy inne drużyny z górnej części tabeli z poprzedniego sezonu. Tak już jest, że w meczach z rywalami z czołówki te drużyny grają inaczej.

Wspomniał Pan już częściowo o sytuacji z Górnikiem Łęczna, gdzie Pański angaż wydawał się niemal pewny. Z perspektywy tej rundy, która już za nami, jak podchodzi Pan do tej kwestii, kiedy widzi, jak się wiedzie Górnikowi w I lidze? A że wiedzie się nie najlepiej, to wszyscy wiemy. Co – poza czynnikami, o których była już mowa – zadecydowało o tym, że wylądował Pan w Jarosławiu?

Zaczynając od Górnika, to uważam, że w Łęcznej mają wielu świetnych zawodników. Z pewnością drużyna będzie walczyła o ligowy byt, bo widać, że chce zostać w I lidze. Moim zdaniem, jeżeli wziąć pod uwagę organizację, stadion, infrastrukturę tego klubu, to jak najbardziej zasługuje on na ekstraklasę, a nie na jej zaplecze. Również pod względem funkcjonowania i przygotowania do rozgrywek jest to ekstraklasowy klub. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o utrzymanie, to ten sezon po prostu trzeba przeczekać w I lidze i kto wie, co będzie w następnym roku. Życzę Górnikowi jak najlepiej, bo spędziłem tam dużo czasu. Mam tam również sporo znajomych. Bardzo żałuję, że nie udało się trafić do Łęcznej jesienią, ale to nie ode mnie zależało.

W końcu rozpoczął się nowy okres w Jarosławiu. Początek sezonu wyglądał dla klubu obiecująco, podczas okienka transferowego było bardzo ciekawie. Sporego apetytu mogli sobie narobić kibice, gdy ogłaszano zarówno Pański transfer, jak i przejście do zespołu Krystiana Michalaka. Jak z perspektywy czasu oceniłby Pan zarówno swoje pierwsze miesiące w nowym otoczeniu, jak i sytuację wokół klubu?

Z punktu widzenia drużyny, nie ma co ukrywać, wygląda to słabo. Natomiast indywidualnie – zdobyłem trzy bramki, choć mogło być ich więcej. Dołożyłem do tego pięć asyst. Jak na środkowego pomocnika nie jest najgorzej, w dodatku w drużynie, która będzie walczyła o utrzymanie. Moim zdaniem mieliśmy zwyczajnie za mało zawodników. Kadra była bardzo wąska. Mogę wspomnieć choćby, że na przedostatni mecz z Chełmianką (porażka na wyjeździe 0:3 – przyp. red.) było nas trzynastu. W tym bramkarz z drużyny juniorów i junior na ławce (wspomniany golkiper to Dominik Lis, a drugim zawodnikiem był obrońca Maciej Bihajło – przyp. red.). Poza tym grało pięciu młodzieżowców w pierwszym składzie (Patryk Pękala, Bartłomiej Purcha, Hubert OzimekSzymon Urbaniak i Jakub Bąk – przyp. red.). Wystarczy więc popatrzeć, jak to wyglądało z tej perspektywy. Było dużo kontuzji, a nie można grać tyloma osobami w III lidze. Jest to już jakiś poziom i z tego, co widzę, on nawet się podniósł. Szczególnie od momentu reformy, gdzie mamy w lidze województwo małopolskie, świętokrzyskie, podkarpackie i lubelskie. Kiedyś ten podział w starej III lidze był podobny do tego, który jest w dzisiejszej II lidze. Z tego wynikają potem dłuższe wyjazdy, czasami z koniecznością nocowania. Dlatego kadra musi być szersza, szczególnie jeśli dojdą do tego jeszcze kartki i kontuzje, tak, jak w naszym przypadku. W Jarosławiu z powodu kontuzji wypadł defensywny środkowy pomocnik Oleksandr Tarasenko (uraz kolana – przyp. red.). Paru zawodników poszło na studia i zrezygnowało z gry. Brakowało nam graczy i przyznam, że pierwszy raz spotkałem się z czymś takim. Mogę tylko powtórzyć przykład meczu z Chełmianką…

Rozumiem. To mówi samo za siebie. Muszę jednak dopytać o kwestię, o której było głośno przez długi czas w kontekście Jarosławia. Mówię tu o rzekomym niedopełnianiu warunków kontraktów z zawodnikami, o niepłaceniu pensji na czas. Czy Pan odczuł coś takiego? Jeśli tak, to czy miało to przełożenie na wynik sportowy?

Nie chcę tego komentować. Mam kontrakt ważny do końca grudnia i na tym się skupiam. Czas pokaże, czy Jarosław się utrzyma, czy nie.

Kolejne pytanie miało się niejako łączyć z poprzednim. Mianowicie chciałem zapytać, jak ocenia Pan tę sytuację z odpadnięciem z regionalnego Pucharu Polski w pozaboiskowych okolicznościach (JKS został ukarany walkowerem za mecz z Roztoczem Narol, skutkiem czego odpadł w II rundzie PP w okręgu jarosławskim)?

Zgadza się, było to niedopatrzenie od strony organizacyjnej. Grał wspomniany kolega Tarasenko, a nie miał takiego prawa (otrzymał dwie żółte kartki w poprzedniej edycji PP – przyp. red.), stąd wynik meczu został uznany jako walkower dla przeciwnej drużyny. Z tego, co pamiętam, chodziło o kartki, tak?

Zgadza się. Do błędu przyznał się sekretarz drużyny (Michał Łabuś), stwierdził, że było to jego niedopatrzenie. Taka informacja pojawiła się nie tylko w mediach tradycyjnych, ale i w mediach społecznościowych. Sytuacja została wyjaśniona, choć z pewnością pamięta Pan wiele podobnych zdarzeń, jak choćby słynna pomyłka Legii Warszawa…

…tak, tak, sytuacja z Bartoszem Bereszyńskim.

Dokładnie. Wiadomo, że gdy przegrywa się mecz pucharowy tak na dobrą sprawę poza boiskiem (na murawie JKS wygrał 2:0) czy przy zielonym stoliku, to z pewnością również w świadomości piłkarzy nie pozostawia to dobrego wrażenia.

Zgadza się. Sekretarz przyznał się do błędu. Tak się stało, niedopatrzenia organizacyjne się zdarzają. Nie chcę tego przesadnie komentować. Mogę z kolei uzupełnić odpowiedź na pytanie, jak trafiłem do Jarosławia, bo na to do końca nie odpowiedziałem. Mój kolega, z którym grałem w Stali Rzeszów, czyli Arek Baran, poprosił mnie o pomoc. Dużo zawodników opuściło JKS, niemal cały skład. Na dobrą sprawę zostało może z trzech czy czterech graczy z poprzedniego sezonu. Jeszcze przed epizodem w Łęcznej dzwoniono do mnie z Jarosławia. Raz – nie chciałem wyjeżdżać z województwa, a dwa – wiedziałem, że Jarosławiowi będzie ciężko, żeby się utrzymać. Pomogłem więc koledze Arkowi i jednocześnie drużynie, bo zależało mi na tym, żeby jakoś funkcjonowała. Powtórzę, że ciężko było przede wszystkim ze względu na wąską kadrę i widzimy teraz, jaki jest wynik sportowy.

Skoro jesteśmy przy trenerze Baranie: jest to osoba z piękną kartą w roli zawodnika. Ma za sobą wieloletnie występy w ekstraklasie (2004-2010 w barwach Cracovii). Czy widać u niego tę charyzmę, która w przyszłości pozwoli mu na osiąganie sukcesów – jeśli nie z tą drużyną – to być może z inną?

Tak, na pewno. Człowiek, który spędził większość kariery na poziomie ekstraklasy i I ligi ma inne spojrzenie na piłkę nożną. Z pewnością to, że mieliśmy tak okrojoną kadrę, też sporo nauczyło trenera, bo było to wyzwanie. Poza tym każda praca czegoś uczy. Czy to przez porażki, czy przez wygrane mecze. Uważam, że Arek Baran stanie się przez to jeszcze lepszym trenerem, w szczególności po takiej rundzie. To go bardziej wzmocni niż gdyby zaczął karierę trenerską w jakimś topowym klubie.

Wielu tak sądzi, mianowicie że najpierw trener powinien się sprawdzić w słabszym klubie czy nawet w klubie z problemami organizacyjnymi. Jest to wówczas prawdziwy test dla takiego szkoleniowca.

Dokładnie. Uważam, że trener ma potencjał i nie boję się o to, że prędzej czy później ktoś po niego sięgnie i poprowadzi klub w wyższej lidze niż w trzeciej.

Wróćmy jeszcze do genezy tego sezonu. Mówił już Pan o tych dalekich wyjazdach, jak się okazało nieszczęsnych wyjazdach. Jak dobrze wiemy, z dziewięciu spotkań wyjazdowych wszystkie zakończyły się dla Was porażką. Z kolei, jeśli spojrzymy na spotkania domowe, to wygląda to bardziej wyrównanie. Cztery mecze, w których punktowaliście, cztery pozostałe przegrane. Natomiast bilans bramkowy 13-17 nie obrazuje jakiejś zupełnej klęski.

Ja też powiem, że to nie było tak, że dostawaliśmy lanie na wyjazdach. Na Arenie Lublin było przez jakiś czas 1:1, do przerwy przegrywaliśmy z Motorem 1:2. Sam miałem sytuację na 2:2. Między 60. a 70. minutą po prostu brakowało nam już sił (skończyło się 1:4 – przyp. red.). Inny przykład to mecz wyjazdowy z Podlasiem Biała Podlaska. Było podobnie. Mieliśmy swoje sytuacje. Też remisowaliśmy 1:1, ale nie trafiliśmy w jednej czy drugiej dogodnej okazji, oni trafili w swoich i wygrali z nami (3:1 – przyp. red.). Kolejny przykład to pojedynek z KSZO w Ostrowcu Świętokrzyskim. Prowadziliśmy, później było 1:1 do przerwy. Akurat, gdy ja schodziłem, utrzymywał się jeszcze ten wynik, a potem strzelili nam na 2:1 (nasz rozmówca zszedł z murawy w 77. minucie, a w 79. padł drugi gol dla KSZO, zakończyło się na 3:1 – przyp. red.). Nie było więc tak, że byliśmy dużo słabsi. Przypomina mi się też konfrontacja z Unią Tarnów. Prowadziliśmy 2:1 do 73. minuty, a przegraliśmy 2:3. Z Wiślanami Jaśkowice wygrywaliśmy 2:1 do przerwy (skończyło się na 2:4 – przyp. red.). Nie było więc tak, że przyjeżdżaliśmy i dostawaliśmy – za przeproszeniem – baty od rywali. Tylko czegoś nam brakowało. Może jakości tej kadry, ale przede wszystkim wszystko wynikało z tego, że mieliśmy za wąski skład.

Być może przy tak szczupłym składzie wychodziło zmęczenie?

Zgadza się. Ciągle czegoś brakowało od tej 60. czy 70. minuty. Po prostu zmęczenie dawało o sobie znać. Może braku jednego-dwóch zawodników nie widać, ale jeśli jest ich czterech-pięciu, to tę różnicę widać. Gdy wszyscy są zmęczeni, to oczekuje się, by wprowadzić świeżych graczy. Tu, uważam, tkwił główny problem.

Ma Pan doskonały zmysł dziennikarski, bo poniekąd znów uprzedził Pan moje pytanie, a nie sposób nie zapytać, jakie to było uczucie strzelić gola Motorowi i to jeszcze na Arenie Lublin?

Wiedziałem, że trafię. Krystian Michalak mówił mi, że strzelę gola i rzeczywiście go strzeliłem. Mogłem jeszcze zapisać na koncie drugiego. Cieszę się, ale nie w tym sensie, że zdobyłem tę bramkę akurat przeciwko Motorowi, tylko miło było mi przypomnieć się w domu, u siebie.

Rozumiem. W wywiadach wspominał Pan, że nie wyklucza tak naprawdę ponownego pojawienia się czy to w Motorze, czy nawet w Stali Rzeszów. Czy podtrzymuje Pan te słowa? To jest poniekąd odpowiedź na pytanie, czy traktuje Pan obecny klub jako przystanek w karierze. Jak określiłby Pan swoje nastawienie pod tym względem?

Powiem szczerze, że chyba kończę już grać w piłkę. Być może jestem już tym wszystkim zmęczony psychicznie. Chyba dam sobie z tym spokój. Oczywiście cały czas się ruszam, czy to z futsalowymi Dzikami, czy indywidualnie – gram trochę w squasha, ruszam się w klubie, na siłowni. Cały czas korzystam też z zajęć z piłką. Na dziś tak naprawdę jestem wolnym zawodnikiem. Zobaczymy, jak to się ułoży. Może gdyby pojawiła się fajna oferta, to czemu nie? Człowiek zawsze czuje pewien niedosyt. I właśnie takie niespełnienie odczuwam względem swojej kariery w piłce nożnej. Czy pojawię się na boiskach, to czas pokaże, ale na dziś obstaję raczej przy tym, żeby zakończyć przygodę z piłką.

Czy temat wspólnych treningów z futsalowym AZS UMCS Lublin będzie kontynuowany?

To znaczy, ja po prostu ruszam się u trenera Artura Gadzickiego. Jeśli jest taka możliwość, to co roku z tego korzystam.

Czyli to troszkę taka tradycja u Pana (śmiech)?  

Tak, jak jest szansa, to zwyczajnie ćwiczę na hali. Nawet gdy chcę gdzieś pobiegać, zrobić sobie taki trening biegowy, to też wolę wykonać interwał halowy. Przy okazji odwiedzam starych znajomych, z którymi przyjemnie jest porozmawiać. A czy wiosną założę koszulkę jakiegoś klubu? Ciężko mi powiedzieć. Tak jak mówiłem, na razie jestem za tym, żeby zakończyć karierę. Miałem taki zamiar już w czerwcu, ale pojawiła się oferta z Górnika. Potem przekonała mnie propozycja Arka Barana. Być może gdyby były inne okoliczności, to nie zgodziłbym się na ten transfer, ale chciałem pomóc koledze w budowaniu drużyny.

Wydaje mi się, że 30 lat na karku to nawet dla piłkarza nie jest schyłek sportowego życia. Myślę, że momentami wręcz przeciwnie, co wielu zawodników udowadniało swoimi występami, więc pozostaje chyba życzyć Panu, żeby potwierdził Pan jeszcze niejednokrotnie swoją wartość piłkarską na boisku. Zapytam jednak o temat, który roboczo można określić „Kamil Stachyra – trener”. Czy myśli Pan o tym? Czy rzeczywiście w przyszłości jest szansa na to, żeby się Pan w ten sposób „przebranżowił”?

Powiem w ten sposób: na dziś posiadam licencję UEFA B. Potrzebuję trochę czasu na to, by rozpocząć kurs UEFA A. Czy będę dalej szedł w tym kierunku? Nie mam pojęcia. Tak jak wspominałem, patrzę inaczej na życie. Będę starał zająć się inną branżą. Być może trochę odpocznę. Na piłce nożnej świat się nie kończy. Poznałem w trakcie kariery wielu wspaniałych ludzi. Sport mnie sporo nauczył. Na zostanie trenerem zawsze mam czas i mogę być nim tak naprawdę do końca życia…

… ale podpatruje Pan trochę metody Arkadiusza Barana czy niekoniecznie?

Czy podpatruję? Moim zdaniem każdy trener ma swoją wizję, koncepcję. Na pewno, gdybym miał zacząć bawić się w trenerkę, to rozpocząłbym od pracy z grupami młodzieżowymi. Wszystko trzeba rozpoczynać od podstaw, a nie od razu wypływać na szerokie wody.

Oczywiście. Ze względu na świąteczny klimat zapytam jeszcze, czego życzyłby Pan sobie, ale przede wszystkim kibicom z Jarosławia na ten przyszły rok, na przyszłą rundę?

Życzę tego, żeby klub z Jarosławia się utrzymał. JKS ma wielu kibiców. Szkoda by było, żeby po tylu latach z rzędu spędzonych w III lidze (od 2013 roku to już piąty sezon JKS-u na tym poziomie rozgrywkowym – przyp. red.), nagle był spadek. Sobie życzę zdrowia, bo zdrowie jest najważniejsze, a co przyniesie przyszłość, to zobaczymy.

W kontekście najbliższych dni – ma Pan już plany sylwestrowe czy przyjdzie jeszcze czas, żeby o tym pomyśleć?

Sylwester z Polsatem, przed telewizorem. Ten czas spędzę zupełnie na spokojnie w domu. Nie mam żadnych planów.

Już w sobotę spotkanie na szczycie. Kto będzie lepszy w Gran Derbi?

Uwielbiam grę Barcelony. Myślę, że jednak Barcelona wygra 2:0 mimo tego, że mecz będzie w Madrycie. Wydaje mi się, że bramki strzelą Luis Suarez i Leo Messi (Kamil Stachyra popisał się niemal idealnym instynktem typera – całość popsuł nieco Aleix Vidal, który w końcówce dołożył bramkę na 3:0 – przyp. red.).

fot. Tomasz Lewtak/motorlublin.eu

0 0 vote
Article Rating