Paulinho: Górnikowi kibicuję do dziś (Wywiad)

Paulinho: Górnikowi kibicuję do dziś (Wywiad)

Mimo że w Polsce występował tylko przez pół roku, może poszczycić się interesującą karierą i dożywotnim szacunkiem wśród kibiców sudańskiego Al-Merreikh. Paulo Roberto Machado, czyli po prostu Paulinho (na zdjęciu pierwszy z prawej w dolnym rzędzie), swego czasu reprezentował barwy Górnika Łęczna. W wywiadzie dla portalu Lubsport 36-latek opowiada m.in. o swoich początkach, grze w piłkę w obliczu wojny domowej, współpracy ze Stephanem Chapuisatem i Krzysztofem Chrobakiem oraz o przyjaźni z Johanem Vonlanthenem. Zapraszamy do lektury!

Maciej Nędzi – LUBSPORT.PL: Witaj Paulo! Czas przypomnieć się piłkarskiej Polsce. Niewiele informacji mogę znaleźć na temat Twojej juniorskiej kariery. Powiedz, jak to się wszystko zaczęło?

Paulinho: W klubie zacząłem grać stosunkowo późno. W Brazylii praktycznie każdy gra w piłkę, jednak moim pierwszym klubem była Paulista Jundiai. Grałem tam aż do transferu do szwajcarskiego Malcantone Agno. Szczerze przyznam, że moja kariera juniorska i późniejsze chwile z Sudanu to najlepsze wspomnienia. Z Paulista Jundiai graliśmy w południowoamerykańskiej Lidze Mistrzów Juniorów w 2001 roku. Wraz ze mną grał tam mój wielki przyjaciel Nene, który później robił bogatą karierę w PSG, czy Alaves. Do dziś mam z nim kontakt. Ekipę mieliśmy bardzo silną.

Po udanej karierze juniorskiej trafiłeś do szwajcarskiego Malcantone Agno. Musiałeś grać tam bardzo dobrze, bo szybko zmieniłeś otoczenie i wylądowałeś w słynnym Young Boys Berno.

Zgadza się. W Malcantone szło mi bardzo dobrze i po sezonie było natychmiastowe zainteresowanie ze strony szwajcarskich klubów. Wybrałem Young Boys, bo to drużyna z wielkimi tradycjami, renomą i byłem z tego transferu bardzo zadowolony. Opiekował się mną słynny Stephane Chapuisat, niesamowicie pozytywny człowiek, dobry zarówno na boisku, jak i poza nim. Wiele mi pomógł w pierwszych tygodniach, zawsze znajdował czas. Kumplowałem się tam także z Johanem Vonlanthenem, który stawiał pierwsze kroki w seniorskiej piłce. Pamiętam, że wysyłali nas często na jakieś szkolenia i razem spacerowaliśmy po mieście. Tak, Johan był moim najlepszym przyjacielem z drużyny Young Boys.

Grałeś także w bardzo egzotycznym Sudanie. Z tego, co wiem, do dziś jesteś tam cenioną personą.

Dostałem bardzo atrakcyjną ofertę, miałem duże doświadczenie z ligi niemieckiej, szwajcarskiej, a trenerem Al-Merreikh był akurat Niemiec Otto Pfister. Panowała tam świetna atmosfera, koledzy przyjęli mnie bardzo dobrze. Naszym najlepszym zawodnikiem był zmarły już Endurance Idahor. Miał niesamowitą skuteczność. Organizacja bardzo różniła się od tej w Europie. Może dlatego, że w całej lidze były tylko dwa profesjonalne kluby, Al-Merreikh i Al-Hilal. Kibice nie mogą mi zapomnieć trafienia przeciwko egipskiemu Ismaily w półfinale Pucharu Konfederacji 2007. Wyrównałem na 1:1 w 89′ i to później przesądziło o naszym finale z tunezyjskim Sfaxien. Opuściłem Sudan, ponieważ z klubem pożegnał się Otto Pfister. Bardzo dobry psycholog, pracowało się z nim rewelacyjnie. Niebezpieczny czas nigdy tam nie przeminął, podczas mojej gry w Sudanie panowała tam wojna domowa. Pomimo tego kibice bardzo mnie cenili i normalnie chodziłem po ulicach Omdurman. Piłkarze Al-Merreikh cieszą się dużym kultem wśród lokalnej społeczności. Dlatego tak ważne były dla nich moje gole.

Przed Sudanem grałeś w Górniku Łęczna. Wystąpiłeś jednak tylko w trzech spotkaniach. Twoim trenerem był Krzysztof Chrobak. Czemu nie dostawałeś więcej szans? Żałujesz pobytu w Polsce?

O ile w Niemczech trenerzy oceniali całokształt, to Pan Krzysztof Chrobak zdecydowanie wolał graczy silnych fizycznie. Ja zawsze bazowałem na swojej technice, wolałem grę kombinacyjną, to czego nauczyłem się w Paulista. Trenera łęcznian wspominam dobrze, po prostu nie pasowałem mu do systemu. Absolutnie nie żałuję pobytu w Polsce. Górnikowi kibicuję do dziś, mam tutaj przyjaciół. Z zielono-czarnych wyrwał mnie Otto Pfister, długo się nie zastanawiałem i wylądowałem w Sudanie.

Jeszcze wcześniej spędziłeś kilka udanych sezonów w drugiej Bundeslidze. Twoim pierwszym klubem był Jahn Regensburg. Grałeś tam tylko w rundzie jesiennej i przeniosłeś się do LR Ahlen.

Jahn Regensburg nie był zbyt dobrze zorganizowanym klubem. Zdecydowanie lepiej wspominam LR Ahlen. Prezes miał bardzo dużo pieniędzy, nie szczędził nam po zwycięstwach, mieliśmy świetne centrum szkoleniowe, własne autokary. Hojny facet, miał firmę kosmetyczną, którą umieścił w nazwie klubu. Nie dziwi mnie to, że Ahlen aż tyle sezonów rywalizowało na zapleczu Bundesligi. Z pobytu w tym klubie pamiętam Michała Chałbińskiego. Według mnie to był bardzo dobry napastnik, podobnie jak ja lubił grę kombinacyjną. Był też Altin Rraklli, niesamowity walczak. W Ahlen miałem dwa lata ciężkiej nauki. Mogłem podpatrywać Vladimira Jugovicia, Chiquinho, czy Stanko Svitlicę. Oni mieli już uznaną markę, ja ciągle na nią pracowałem. Jugović był najlepszym zawodnikiem, z jakim miałem przyjemność występowania na jednym boisku. Kumplowałem się mocno z Gledsonem, który później odszedł do Hansy.

Radosław Kałużny w swojej książce dość ostro potraktował Franza Strakę. Przeszkadzały mu treningi na rowerach… Bardziej chwalił kolejnego trenera Ahlen Paulo Linza. Jakie jest Twoje zdanie?

Frantisek Straka to był inteligentny gość. Robił nam dość nietypowe szkolenia, duży nacisk kładł na taktykę. Z tymi rowerami to prawda. Codziennie latem pedałowaliśmy trzy, a nawet cztery godziny. Ja tam jednak go lubiłem, a on obdarzył mnie zaufaniem. Paulo Linz był trenerem, który dawał nam wolną rękę. Nie lubił ciężko pracować. Nie mogłem się z nim porozumieć, zagrałem u niego jeden mecz.

Ostatnio zakończyłeś karierę. Co się z Tobą dzieje?

Zostałem przy piłce. Jestem nauczycielem w szkole piłkarskiej. Swój czas poświęcam rodzinie, kibicuję Barcelonie. Chciałbym pozdrowić serdecznie wszystkich fanów piłki nożnej w Polsce!