Z życia kierownika. Od II ligi do klasy okręgowej – Leon Filipek (Polesie Kock)

Z życia kierownika. Od II ligi do klasy okręgowej – Leon Filipek (Polesie Kock)

Ostatnim kierownikiem, który zmierzył się z naszą ankietą i opowiedział o realiach swojej pracy w serii “Z życia kierownika. Od II ligi do klasy okręgowej” jest związany od wielu lat z Polesiem Kock Leon Filipek. Zapraszamy do lektury!

rong>

Od kiedy pełni Pan funkcję kierownika zespołu?

Jestem wieloletnim kierownikiem drużyny Polesia Kock. Pełniłem tę funkcję już w latach 90. ubiegłego wieku, kiedy zespół nie miał jeszcze trenera. W tamtych czasach kapitan ustalał wyjściowy skład, a zawodnicy sami organizowali sobie treningi. Do moich zadań należało wtedy wypełnianie protokołów, przeprowadzanie zmian i liczenie kartek. Później miałem przerwę, ale w 2006 roku ponownie objąłem to stanowisko, gdy trenerem Polesia po raz pierwszy został Grzegorz Białek, a drużyna występowała w lidze okręgowej. Sprawuję funkcję kierownika nieprzerwanie od prawie 15 lat, także myślę, że jestem jedną z osób najdłużej pełniących tę rolę.

Jak to się stało, że został Pan kierownikiem?

Cały czas interesowałem się piłką nożną i byłem kibicem. W latach 90. drużyna Polesia grała w Klasie A. Chcieliśmy awansować na wyższy poziom rozgrywkowy, którym wtedy była tzw. liga wojewódzka, rozgrywki pomiędzy ligą okręgową a Klasą A. To trwało jeden lub dwa sezony. Tak jak już wspomniałem, drużyna nie miała trenera. Potrzebny był ktoś do pomocy i padło na mnie. Zawsze interesował mnie futbol. Przeważnie byłem na wszystkich meczach domowych oraz wyjazdowych. Zgodziłem się na pełnienie funkcji kierownika i jestem nim niemal 30 lat z krótką przerwą.

Utrzymuje się Pan z pełnienia funkcji kierownika czy ma Pan poza tym jakąś inną pracę?

Nie, jest to funkcja społeczna.

Jaki jest zakres Pana obowiązków jako kierownika zespołu?

Szkoleniowiec przeprowadza odprawę, a ja jako kierownik biorę udział w przedmeczowych naradach z sędziami. Konsultujemy się z trenerem w kwestii wyjściowej jedenastki. Dostarczam mu też skład rywali, tak żeby wiedział, który zawodnik jest najlepszy i jaką taktykę opracować pod konkretnego przeciwnika. Po spotkaniu kompletuję protokoły. Często bywam też na treningach zespołu.

Jak wyglądają Pana relacje z zawodnikami i sztabem szkoleniowym?

Miałem okazję współpracować z kilkoma szkoleniowcami. Pierwszym był w 2006 roku trener Grzegorz Białek, który później przeszedł do Lewartu Lubartów. Potem był grający trener Tomasz Stopa i wtedy miałem więcej obowiązków, bo trener był na boisku i trzeba było m.in. dokonywać zmian na jego polecenie. Następnie przez półtora roku Polesie prowadził trener Przemysław Aftyka. Przez kolejne sześć lat drużynę tworzył trener Artur Dadasiewicz, z roku na rok osiągając z nią coraz lepsze wyniki. Po pięciu latach udało nam się wywalczyć promocję do IV ligi. W pierwszym sezonie po awansie byliśmy rewelacją rozgrywek, kończąc zmagania na trzecim miejscu w tabeli. Sprawy formalne przesądziły o tym, że trener Dadasiewicz odszedł z Polesia i zastąpił go trener Jerzy Wyroślak. Później szkoleniowcem został Zbigniew Wójcik, a teraz ponownie trenerem zespołu jest Grzegorz Białek. Współpraca z każdym ze szkoleniowców układała się bardzo dobrze, bo nie jestem osobą konfliktową. Relacje z piłkarzami wyglądają podobnie. Do tej pory żaden z graczy nie powiedział mi złego słowa i nie obraził mnie. Myślę, że jestem poważany przez zawodników i nie mam złych wspomnień z ich udziałem.

Jakie są Pana zadania w dniu meczowym?

W dniu meczowym, tak jak piłkarze przychodzę półtorej godziny przed rozpoczęciem spotkania. Boisko jest przygotowane, zawodnicy mają stroje i każdy dba o swój komplet. Po moim przyjściu sprawdzamy obecność i to, czy wszyscy są zdrowi. Później składam u arbitra protokół wypełniony w systemie Extranet. Biorę udział w odprawie z sędziami, którzy zgłaszają mi ewentualne problemy z zawieszeniem siatek lub stanem murawy. Jestem pośrednikiem pomiędzy trenerem, zarządem i sędziami. W trakcie meczu do moich obowiązków należy liczenie kartek i kontrolowanie, czy na boisku jest odpowiednia liczba młodzieżowców. Po zakończonym spotkaniu podpisuję protokoły. To rola społeczna, ale sądzę, że dość poważna. Do tej pory przez tyle lat nie pomyliłem się ani w kwestii kartek, ani w sprawie młodzieżowców, także myślę, że sukcesy drużyny są też moimi własnymi sukcesami.

Jak wygląda sytuacja w pozostałych zespołach ligi? Czy one też mają w sztabie osoby pełniące funkcję kierownika?

Większość, myślę, że około 80% zespołów ma kierownika. Kiedyś w Górniku II Łęczna trener Jacek Fiedeń jednocześnie prowadził zespół i był kierownikiem, nie mając żadnej osoby do pomocy. Natomiast przeważnie są to ludzie działający społecznie, którzy podobnie jak ja pełnią tę funkcję. Czasami jest gorzej z wyjazdami, bo zdarza się, że trener przyjeżdża sam i nie ma kierownika, ale to rzadkość.

Czy w trakcie Pana pracy jako kierownik przydarzyła się jakaś zabawna lub osobliwa sytuacja, która na długo zapadła Panu w pamięć i którą mógłby Pan opowiedzieć?

Zdarzyła mi się taka sytuacja. Bodaj siedem lat temu wyjechaliśmy na mecz do Poniatowej i brakowało czterech kart zdrowia, które musiały się gdzieś zawieruszyć. W międzyczasie pojechaliśmy na izbę przyjęć do lekarza dyżurnego. Czterech zawodników zostało przebadanych i wypisano im nowe karty, więc skończyło się dobrze. Po pewnym czasie zaginione karty odnalazły się, bo ktoś włożył jedną w drugą. To była nieprzewidziana i niepotrzebna sytuacja.

fot. Piotr Wołowik (archiwum)

0 0 vote
Article Rating