Za nami katastrofalny rok, przed nami kolejne nadzieje. Powrót zawsze oznacza nowy początek

Za nami katastrofalny rok, przed nami kolejne nadzieje. Powrót zawsze oznacza nowy początek

Sezon 2017/2018 budził nadzieje na to, iż Lubelszczyzna doczeka się w końcu kolejnego zespołu na poziomie centralnym. W tym samym czasie Górnik Łęczna zapowiadał heroiczną walkę z czołówką I ligi, która ostatecznie miała zakończyć się rychłym powrotem zielono-czarnych do ekstraklasy. Fakt jest taki, że nie sprawdził się żaden z optymistycznych scenariuszy, jakie zakładaliśmy sobie przed rozpoczęciem minionej kampanii. Łęcznianie spadli do II ligi, a żadna z drużyn III-ligowych nie zdołała przedostać się o klasę wyżej. To był fatalny rok dla lubelskiej piłki, a jeszcze gorszy dla polskiej. Ekstraklasowe zmagania, które miały miejsce w ubiegłym sezonie, nie miały prawa wzbudzać nadziei na to, że na naszym krajowym, futbolowym podwórku dobrze się dzieje lub dzieje się cokolwiek w lepszym kierunku. Kwaśną wisienką, czy jak kto woli, gorzką truskawką na torcie tego fatalnego roku był występ reprezentacji Polski na rosyjskim mundialu. Miało to być prawdziwe, pełne pozytywnych emocji, święto dla zdegustowanych negatywnymi przejściami polskich kibiców i niejako osłodzenie nam wszystkim tej piłkarskiej patologii, przez którą przechodziliśmy przez cały ubiegły sezon. Nie doczekaliśmy się detoksu. W zamian za to poziom naszej irytacji sięgnął zenitu. Przelała się czara goryczy, którą ciężko będzie zneutralizować. Skupmy się jednak na tym, co zawiodło w lubelskich zespołach, bo przecież rozczarowania, które wszyscy wspólnie przeżywaliśmy, nie brały się znikąd.

Chciałbym zacząć od pozytywnego aspektu ubiegłego sezonu. Większość z Państwa zapewne ma przeczucie, iż mam tutaj na myśli zespół Tomasza Jasika, który zdołał utrzymać się w ekstraklasie juniorów starszych. Zawodnicy młodzieżowego Motoru Lublin U19 (teraz już U18), stawiali czoła swoim rówieśnikom, którzy reprezentowali, bądź nadal reprezentują, akademie czołowych klubów w Polsce. Jako, iż rozgrywki 2017/2018 odbywały się starym systemem, a młodzi żółto-biało-niebiescy mogli jedynie mierzyć się z drużynami wschodniej ściany Polski, to absolutnie nie ujmuje im tego, że poradzili sobie w najlepszy możliwy sposób. Cracovia, która ostatecznie uległa w tegorocznym finale Lechowi Poznań, w grupie wschodniej przegrała tylko raz. Miało to miejsce 2 września 2017 roku w Lublinie. Mecz zakończył się wysokim zwycięstwem Motorowców, którzy pokonali młodzieżowców Pasów aż 4:1. Warto dodać, iż wszystkie cztery bramki dla zawodników z Koziego Grodu wpakował młody, utalentowany napastnik, Szymon Rak, który niedługo potem został powołany do reprezentacji Polski do lat 18. Podopieczni Tomasza Jasika zakończyli sezon na trzeciej pozycji. Nie wiem, czy ktoś w ogóle marzył o takim sukcesie przed startem rundy jesiennej. Pomimo krytyki, która non stop przewija się na naszym portalu w stronę tych młodych ludzi, cieszy mnie fakt, iż potrafili oni udowodnić sobie, że wszystko to, co dzieje się dookoła nich, to zwykła zawiść i brak szacunku dla pracy, jaką sumiennie wykonują. Paradoksalnie te absurdalne działania ludzi pomogły tym chłopakom niejako wkomponować się w realia, jakie panują w piłce. Być może zwiększyło to w nich poczucie, że futbol w obecnych czasach, to nie tylko gra, lecz również radzenie sobie z presją otoczenia, które potrafi skutecznie obrzydzić każdemu z nich ścieżkę zawodową, jaką zdecydowali się podążać w swoim życiu. Współcześni kibice są jak bańka mydlana. Kiedy bąbelkowy płyn nabiera powietrza w bardzo korzystnych warunkach, potrafi dosyć długo utrzymać swój kruchy kształt, jednak w zetknięciu z czymś równie delikatnym lub za pośrednictwem podmuchu wiatru, po prostu pęka. Tak samo jest z sympatykami futbolu. Kiedy zespół wygrywa, robi wszystko, co kibicie chcieliby oglądać, to wszystko jest pięknie. Jednak kiedy przychodzą trudne momenty, czas, w którym sympatycy klubu powinni dostosować się do zmian i kształtowania drużyny, to cała atmosfera pęka niczym bańka i swoim rozproszeniem skutecznie osiada na organizmach tych młodych ludzi, stawiając ich dalszą karierę pod ogromnym znakiem zapytania. Zastanówmy się zatem, czy czasami nie warto ugryźć się w język i przestać krytykować coś, co naprawdę jest bliskie nienagannemu postępowaniu. Uwierzcie mi Państwo na słowo. NIE DA SIĘ zbudować zespołu, który walczyłby jak równy z równym z akademiami najlepszych klubów w Polsce, wykorzystując tylko i wyłącznie potencjał zawodników z regionu. Jeśli marzycie Państwo o tym, aby Motor stał się w przyszłości klubem, który będzie godnie reprezentował miasto w najwyższych klasach rozgrywkowych w Polsce, to musi on stosować taką politykę kadrową, jaką aktualnie wprowadza w życie. Zarówno w akademii, jak i seniorskim zespole. Jedynie takie postępowanie może przynieść upragniony sukces. Jednak wszystko już teraz zależy od tego, czy piłkarzom dumy Koziego Grodu będzie chciało się chcieć.

Pozostając przy temacie Motoru Lublin, chciałbym poruszyć kwestię, która najbardziej spędza mi sen z powiek. Od sezonu 2000/2001 żółto-biało-niebiescy rozegrali 626 oficjalnych ligowych spotkań. W ciągu tego czasu aż 27-krotnie zmieniał się pierwszy trener. Jak łatwo policzyć, średnio 23 spotkania przypadały na kadencję jednego szkoleniowca. Biorąc pod uwagę fakt, iż najmniejsza ilość meczów, które Motorowcy musieli rozegrać podczas jednego sezonu, to 30, nasuwa się jednoznaczny wniosek, iż średnio żaden z trenerów nie poprowadził tego zespołu przez pełny rok rozgrywkowy. Oczywiście, od tej statystycznej liczby są wyjątki, takie jak, Ryszard Kuźma (trzy pełne sezony), Jerzy Krawczyk (jeden pełny sezon) oraz obecny trener, czyli Mariusz Sawa, który również wytrwał na ławce Motoru cały sezon. Miało to miejsce w latach 2014/2015. Wtedy drużyna prowadzona przez obecnie 42-letniego szkoleniowca zajęła czwartą pozycję w stawce, tracąc trzy punkty do Stali Rzeszów, która ostatecznie przegrała w barażowym dwumeczu z Olimpią Zambrów 3:4 i tym samym nie uzyskała promocji do II ligi. Ośmiokrotnie zdarzało się, że stanowisko pierwszego szkoleniowca Motoru w jednym sezonie było obsadzane trzema trenerami. Mariusz Sawa, podpisując tego lata kontrakt z żółto-biało-niebieskimi, stał się szkoleniowcem tego zespołu po raz trzeci w swojej karierze. Czy stare porzekadło “do trzech razy sztuka” będzie mottem przewodnim w tym projekcie? Przekonamy się o tym w czerwcu przyszłego roku. Dużo zmian zaszło w tym okienku transferowym. Drużyna z Koziego Grodu została mocno przetasowana. Dołączyło dwóch bardzo doświadczonych zawodników, czyli Grzegorz Bonin oraz Tomasz Brzyski. Ten drugi jest wychowankiem Lublinianki, a w swoim CV może pochwalić się grą w takich klubach jak Górnik Łęczna, Korona Kielce, Ruch Chorzów, Polonia Warszawa, Legia Warszawa, czy też Cracovia. Jest czterokrotnym mistrzem Polski i trzykrotnym zdobywcą Pucharu Polski. Rozegrał 28 spotkań w europejskich pucharach i zaliczył 298 meczów w ekstraklasie. W tym czasie, będąc lewym obrońcą, zdołał ustrzelić rywalom 13 bramek. W sezonie 2017/2018 występował w barwach Sandecji Nowy Sącz, gdzie rozegrał 29 meczów w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce. Natomiast Grzegorz Bonin to zawodnik, który pięć ostatnich lat spędził w Łęcznej, reprezentując barwy tamtejszego Górnika. W 167 występach w zielono-czarnej koszulce zdobył 33 bramki. Nowy pomocnik Motoru grał również przez cztery lata w Koronie Kielce, następnie trzy sezony w Górniku Zabrze oraz rok w Polonii Warszawa. W 2012 roku reprezentował barwy Pogoni Szczecin oraz ŁKS-u Łódź. Tuż przed przyjściem na lubelską ziemię, Bonin rozegrał jeszcze 15 spotkań w Górniku Zabrze, a miało to miejsce w 2013 roku. Ktoś powie “są za starzy. Nie powinno się sięgać po emerytów”. Ja powiem, że są to świetne ruchy. O ile transfer Marcina Burkhardta okazał się totalnym niewypałem, o tyle wierzę, iż tegoroczne wzmocnienia, które również opierają się na solidnych, lecz wiekowych już zawodnikach, przyniosą spodziewany efekt. Siłą żółto-biało-niebieskich jest niewątpliwie młodzież. Tacy wychowankowie akademii, jak: Maksymilian Cichocki, Szymon Rak, Rafał Dusiło czy też Kamil Kumoch dadzą świeżą krew i powiew młodości. Wszystko to w połączeniu z siłą doświadczenia i rutyną wspominanych Bonina i Brzyskiego może dać piorunujący efekt. Motor nie będzie miał jednak łatwego zadania. Chełmianka Chełm pokazała, że potrafi walczyć. Ubiegły sezon był dla biało-zielonych bardzo udanym czasem. Mając za sterami trenera, który nazywa się Artur Bożyk, obdarowuje się takiego człowieka zaufaniem i pełną akceptacją decyzji, jakie podejmował i podejmuje. Szkoleniowiec chełmian potrafi wykrzesać ze swoich zawodników wszystko to, co tylko jest do wykrzesania. Niejednokrotnie musiał eksperymentować ze składem i ustawiać swoich piłkarzy na nietypowych dla nich pozycjach. Ci natomiast odwdzięczali mu się swoją ambicją i zaangażowaniem, które poparte były ciężko wypracowanymi na treningach umiejętnościami. Szeregi Chełmianki zasilił w tym okienku młodzieżowiec, który wyfrunął spod skrzydeł Tomasza Jasika. Piotr Kożuchowski, bo o nim mowa, postanowił opuścić Motor Lublin i dołączyć do ekipy Artura Bożyka. Ciekaw jestem, jak poradzi sobie ten zawodnik w walce o meczową osiemnastkę, czy też wyjściową jedenastkę. Prawy obrońca ma za sobą solidnie przepracowany sezon w drużynie Motoru Lublin U19. Był to dla niego trudny rok, ponieważ wrócił po poważnej kontuzji i od początku nie był pewien miejsca w składzie. Nie poddał się. Wytrwale pracował i teraz ma tego efekt. Miejmy nadzieję, że walka lubelskich drużyn o ostateczną promocję do II ligi będzie niesamowicie emocjonująca. Kibicujmy i wspierajmy kluby oraz zawodników. Pokażmy im, że futbol, to nasza kultura. Dajmy sobie chwile radości i nastawmy się na pełen niespodzianek i emocji sezon, który miejmy nadzieję, zmaże plamę po nieudanych dla nas wszystkich rozgrywkach 2017/2018. Przypomnijmy, iż ten rok będzie dla nas szczególnie wyjątkowy, bowiem aż siedem zespołów z lubelskiej ziemi będzie rywalizowało na szczeblu grupy IV III ligi. Będą to: Avia Świdnik, Chełmianka Chełm, Motor Lublin, Orlęta Radzyń Podlaski, Podlasie Biała Podlaska, Stal Kraśnik oraz Wisła Puławy.

Avia Świdnik ma za sobą bardzo nierówny sezon. Choć początek rundy wiosennej był piorunujący, to końcówka sezonu bardziej przypominała mi drużynę, która jesienią zajmowała miejsce w strefie spadkowej. Być może efekt tak zwanej “nowej miotły” przyczynił się do tego, iż żółto-niebiescy ostatecznie zdołali pewnie utrzymać się w lidze, a nawet w nieoficjalnej tabeli rewanżowej rundy, zająć szóste miejsce. Jednak to, co ekipa ze Świdnika prezentowała jesienią, było katastrofalne i absolutnie nie do przyjęcia. Brak zaangażowania, pomysłu, chęci i motywacji. To pierwsze, co przychodzi mi na myśl, kiedy wspominam tamten okres w wykonaniu Avii. Szczerze mówiąc, wątpiłem, że nowy trener może cokolwiek zdziałać. Na całe szczęście bardzo się pomyliłem. Dominik Bednarczyk zrobił z żółto-niebieskim coś wyjątkowego. Przeprowadził rewolucję mentalną i taktyczną. Przez pryzmat pierwszych ośmiu spotkań pod jego wodzą, Avia budziła w swoich rywalach ogromny respekt. Wszystko to wyglądało jak w Kartelu z Medellin dowodzonym przez Pablo Escobara. Piękny początek rundy, kiedy to świdniczanie aplikowali swoim rywalom średnio trzy bramki na mecz, tracąc przy tym 0,85 gola na spotkanie. Siedem zwycięstw i tylko jedna porażka na kartofliskowym boisku w Wólce Pełkińskiej. To musiało robić wrażenie i naprawdę robiło. Po porażce z KSZO 1929 Ostrowiec Świętokrzyski, wszystko zaczynało przybierać postać melancholijną, jakby zdystansowaną. Pełną niedokładności, niestaranności, a może zmęczenia, które było następstwem imponująco dużego tempa rozgrywanych meczów, jak na trzecioligowe standardy. Trener Bednarczyk kapitalnie rozpoczął wiosenne zmagania, by pod koniec sezonu prawie wszystko przegrywać. Nie umniejsza mu to jednak tego, że wyprowadził zespół na prostą. Miał cel, który zakładał utrzymanie zespołu w III lidzie i zrealizował go w stu procentach. Świetnie oglądało się te dynamiczne, składne akcje w wykonaniu podopiecznych 39-letniego szkoleniowca. Drugą młodość przeżywał Wojciech Białek, który szalał na skrzydle i otarł się o koronę króla strzelców. Sprzed nosa sprzątnął mu ją rewelacyjny Przemysław Banaszak, który z 20. trafieniami na koncie zasłużenie triumfował w tej klasyfikacji. Mimo wszystko żółto-niebiescy byli ekipą, która zdobyła na wiosnę trzydzieści pięć bramek. W tej statystyce ustąpili jedynie Resovii, która zgromadziła dwa trafienia więcej.

Nadchodzący sezon grupy IV III ligi zapowiada się naprawdę arcyciekawie. Rodzi się wiele pytań, które do pierwszych meczów pozostaną bez odpowiedzi. Po słabym sezonie w II lidze i ostatecznym spadku na czwarty poziom rozgrywkowy Wisła Puławy zapowiada szybki powrót na wyższy szczebel. Orlęta Radzyń Podlaski muszą poradzić sobie bez Damiana Panka, który w mojej ocenie był gwarantem utrzymania w każdym sezonie. Człowiekiem, który był amuletem dla tego zespołu. Przyszedł jednak czas na to, aby coś zmienić. Rafał Borysiuk dostał szansę pokazania się w roli szkoleniowca. Mocno trzymam kciuki, aby nowa myśl taktyczno-organizacyjna została szybko i efektywnie przyswojona przez piłkarzy. U lokalnego rywala radzynian, w Białej Podlaskiej, na stanowisku pierwszego trenera pozostał Tomasz Złomańczuk, któremu udało się utrzymać Podlasie w lidze. Trudną, lecz zarazem męską i wymagającą odwagi decyzję podjął Miłosz Storto, który zrezygnował po kilku meczach rewanżowej rundy z funkcji szkoleniowca w Białej Podlaskiej. Zmiana ta przyniosła oczekiwany skutek, co zapewne przyczyniło się do tego, iż Tomasz Złomańczuk będzie kontynuował pracę z bialczanami.

Górnik Łęczna bez wątpienia przeżywa bardzo trudny okres w swojej niemal 39-letniej historii. Zielono-czarni przez dziesięć lat nieprzerwanie grali na boiskach ekstraklasy oraz I ligi. W przeciągu nieco ponad roku dwukrotnie spadali z ligi, by ostatecznie znaleźć się na trzecim poziomie rozgrywkowym w kraju. Próba reanimacji podjęta przez doświadczonego Bogusława Baniaka nie dała oczekiwanego rezultatu. Należy jednak pochwalić tego szkoleniowca za to, jaką pracę wykonał w tym sukcesywnie sięgającym sportowego dna klubie. Będąc w słabej dyspozycji zdrowotnej ani myślał o tym, aby zakończyć pracę w Łęcznej. Doprowadził swój projekt do końca i pomimo tego, iż w ostatecznym rozrachunku nie zdołał utrzymać Górnika w I lidze, należą mu się brawa oraz ukłony za to, że nie odpuścił i wlał w serca kibiców nadzieję na to, że wszystko ułoży się tak, jakby tego pragnęli. Pod wodzą 59-latka Górnicy udoskonalili swój styl, a grany przez nich futbol stawał się coraz przyjemniejszy dla oka. Niestety to nie wystarczyło i zielono-czarni od tego sezonu grają w II lidze. Zmienił się również szkoleniowiec. Jest nim obecnie Rafał Wójcik. Górnik dokonał latem aż 15. wzmocnień. Do klubu dołączyli: Krystian Wójcik, Michał Zuber, Tomasz Tymosiak, Jakub Zagórski, Igor Korczakowski, Kamil Pajnowski, Bartosz Waleńcik, Jakub Chrzanowski, Paweł Wojciechowski, Dawid DzięgielewskiTomasz CzogałaHubert PrzybycieńPiotr RogalaMohamed Essam oraz Kamil Bętkowski. Imponująca liczba, prawda? W dotychczasowych dwóch rozegranych meczach na szczeblu II ligi, Górnicy zdobyli cztery punkty, co wydaje się przyzwoitym rezultatem, jak na początek sezonu. W mojej ocenie największym wzmocnieniem, jakiego dokonał w tym okienku Veljko Nikitović, jest Tomasz Tymosiak. Były piłkarz Motoru Lublin to zawodnik, który bardzo dobrze radzi sobie w środku pola. Jest waleczny, potrafi zarówno czytać grę, jak i kreować akcje ofensywne swojego zespołu. Świetnie sprawdza się w konstruowaniu ataku pozycyjnego. Ma umiejętności, które sprawiają, iż jego gra cieszy oko bardziej spostrzegawczych obserwatorów. Pamiętam sytuację, gdy w ubiegłym sezonie, a konkretniej w rundzie wiosennej, Chełmianka Chełm podejmowała przed własną publicznością Motor Lublin. Kiedy trener gospodarzy, Artur Bożyk zobaczył, że w wyjściowym składzie żółto-biało-niebieskich jest Tymosiak, głośno westchnął i zapewne spodziewał się, iż ciężko będzie jego drużynie walczyć w środkowej strefie z tym zawodnikiem. Biało-zieloni przegrali wtedy 0:2 i ostatecznie pożegnali się z marzeniami o awansie na szczebel centralny. Egzotycznym, ciekawym, a zarazem budzącym obawy transferem, jest bez wątpienia pozyskanie egipskiego napastnika, jakim jest Mohamed Essam. Rodak Mo Salaha grał już w Polsce i reprezentował takie kluby jak: Legia II WarszawaStal Stalowa WolaNadwiślana Góra i MKS Kluczbork. Essam jest wychowankiem Arab Contractors SC. Jego kolejnym przystankiem w karierze był I-ligowy klub w Egipcie, Wadi Degla. Stamtąd, w 2013 roku, trafił do Legii Warszawa. Jest zawodnikiem, który cechuje się niesamowitą szybkością. Potrafi zagrać bardzo dobrą prostopadłą piłkę z głębi pola oraz nieźle radzi sobie w grze z kontry. Często zagrywa na zasadzie “no-look pass”, co przyczynia się do tego, iż jego partnerzy z drużyny niejednokrotnie stają oko w oko z bramkarzem drużyny przeciwnej. W swoim wachlarzu umiejętności posiada jeszcze jedną zaletę, jaką jest nienaganny drybling. W tym wszystkim bardzo często dopuszcza się indywidualnych, często samolubnych akcji, które kończą się stratą piłki. To zresztą było konsekwencją tego, iż Essam nie zagrzał zbyt długo miejsca przy Łazienkowskiej. Czy wzmocnienia dokonane przez włodarzy Górnika Łęczna przyniosą efekt w postaci awansu do I ligi? Łatwo nie będzie, jednak wszyscy trzymamy kciuki za to, aby zielono-czarni powrócili na zaplecze ekstraklasy.

Jak powiedziała mama Forresta Gumpa: “życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz, co Ci się trafi”. W myśl tych słów sądzę, że ubiegły sezon w polskiej piłce trafił na bardzo gorzką czekoladkę i z nadzieją staram się wierzyć w to, iż w tym roku będzie ona chociaż słodko-kwaśna. Sądzę, że powinniśmy sobie wziąć do serca te słowa i postarać się zapomnieć o tym, co było w ubiegłym sezonie. To już przeszłość. Życzyłbym sobie, Państwu oraz polskiej i lubelskiej piłce tego, aby ta przeszłość nie ciągnęła za sobą złych demonów, które popsują nam wszystkim piękno, jakim niewątpliwie jest piłka nożna. Życzę Państwu udanego roku, pełnego emocji, zwrotów akcji i fantastycznych meczów, czyli wszystkiego tego, co prawdziwy kibic kocha najbardziej. Pamiętajmy, tak jak w tytule, że powrót zawsze oznacza nowy początek.