Zbigniew Smoliński: Jeżeli rozliczymy się z przeszłością, to będziemy mogli z optymizmem patrzeć w przyszłość (Wywiad)

Zbigniew Smoliński: Jeżeli rozliczymy się z przeszłością, to będziemy mogli z optymizmem patrzeć w przyszłość (Wywiad)

LKS Milanów w pierwszej części sezonu rozgrywek IV ligi lubelskiej zgromadził ledwie trzy punkty w siedemnastu meczach, na co złożyły się trzy remisy. Miesiąc po zakończeniu rundy jesiennej, na stanowisku szkoleniowca dokonała się roszada. Sebastiana Magiera zastąpił znany z gry, a następnie pracy w Victorii Parczew, Zbigniew Smoliński. Nowego szkoleniowca Ludowego Klubu Sportowego udało nam się „złapać” tuż przed planowanym wieczornym bieganiem. I właśnie tematu sportowej długowieczności trenera nie zabrakło w rozmowie z redaktorem portalu Lubsport. Poza tym nowy opiekun bordowo-granatowych opowiedział o swojej przygodzie z piłką, planach zespołu na okres przygotowawczy, inspiracjach londyńską Chelsea, oraz – co chyba najważniejsze – o swoim pomyśle na wyciągnięcie drużyny z kryzysu.

Michał Wójcik – LUBSPORT.PL: Panie trenerze, na początek zapytam o plan przygotowań zespołu. Czy uległ on jakimś zmianom, korektom?

Zbigniew Smoliński: Nie, wszystko jest tak, jak było zaplanowane. 15 stycznia jest turniej halowy w Kocku. Będziemy trenować trzy razy w tygodniu. Dodatkowo dodaliśmy dwa sparingi do tamtych, które były zaplanowane. Można powiedzieć, że nie patrzymy już na rangę, czy poziom przeciwnika, bo tak się nam trafiło, że można bezpłatnie zagrać w Świdniku na sztucznym boisku z Traweną Trawniki. Mój kolega, były piłkarz, z którym grałem w Chełmie, Mirek Polesiński tam trenuje. Prosił bardzo, żebyśmy tam zagrali i skorzystałem z jego prośby.

To był jeden z terminów nieobsadzonych, a drugi to był termin 4-5 lutego.

Tak. Wtedy będziemy grali z TOP-em 54 Biała Podlaska z Centralnej Ligi Juniorów. Ciężko było mi coś znaleźć, ponieważ bardzo późno zostałem trenerem. Jeśli chodzi o załatwianie jakichś wartościowych sparingpartnerów, to wiadomo, że każdy takie sprawy załatwia dużo wcześniej. Natomiast tutaj późno zaczęto szukać szkoleniowca. Sebastian Magier odszedł praktycznie po rozgrywkach.

A propos samej osoby Pana Sebastiana Magiera. Doświadczenie byłego trenera jest niepodważalne. Czy przekazywał już trenerowi własne uwagi, bądź wskazówki na najbliższy okres, który niewątpliwie będzie wielkim wyzwaniem?

Na pewno będzie to wyzwanie. Rozmawialiśmy tylko ogólnie. Mieliśmy mało czasu, jak byliśmy na konferencji szkoleniowej w Lublinie. Rozmawialiśmy o tych sprawach troszkę po drodze. Przekazywał mi krótkie informacje. Natomiast, po pierwsze musimy wiedzieć, na kogo będziemy mogli liczyć z tych zawodników, którzy grali. Będziemy szukać zawodników na warunki, które zaproponuje zarząd klubu. Nie ukrywam, że chciałbym, żeby ci wszyscy zawodnicy zostali. Mieliśmy się pokusić o znalezienie napastnika, defensywnego pomocnika i przede wszystkim bramkarza, jak nie dwóch. Takie są w tej chwili priorytety.

Zdarzały się takie sytuacje, że nawet zawodnik z pola musiał występować na tej pozycji (Damian Puła – przyp. red.)…

Tak… Zarząd miał rozliczyć się z zawodnikami z wcześniejszych ustaleń i dopiero na początku stycznia dowiemy się, jak to przebiegło. Ja na razie nie rozmawiałem z prezesami. Natomiast rozmawiałem z Sebastianem odnośnie tego, jak to wyglądało z jego perspektywy jako trenera i zawodnika. Mam na pewno jakieś przemyślenia.

Czyli czeka Pan na jakąś konkretną rozmowę, czy to z kierownikiem Arturem Jaszczukiem, czy z prezesem?

Tak. W tej chwili sprawa, jaka jest dla mnie najważniejsza to jaki będzie kształt tej kadry, którą przystąpimy do przygotowań. Zawodnicy są na takim poziomie, a nie na innym. Dlatego nie możemy sobie przebierać między piłkarzami, ponieważ mamy określone położenie geograficzne. Nie mieszkamy obok dużego miasta, gdzie zawodnicy chcieliby grać na poziomie IV ligi za mniejsze pieniądze, albo po prostu chcieliby pograć w piłkę. Tutaj ciężko jest znaleźć wartościowego zawodnika. Na pewno jest kilku, którzy trzymają poziom. Myślę, że przydałoby się nam dwóch piłkarzy, którzy mają doświadczenie na poziomie IV ligi. Taki jest priorytet.

Zatem będzie to przede wszystkim kompletowanie kadry?

Tak myślę. Pierwszy tydzień, czy dwa, da nam odpowiedź, na czym stoimy. Następnie zobaczymy, jak to będzie wyglądało od strony uczęszczania na zajęcia. Od tego będzie dużo zależało. Drużyna musi być dobrze przygotowana. Miałem już wcześniej podobne doświadczenia i wiem, jak ważne jest przygotowanie od strony fizycznej. Poza tym oglądałem ich mecze, bo mieszkam w Parczewie na co dzień.

Trzy ostatnie sezony spędził Pan w Tytanie Wisznice. Co zatem skłoniło trenera do tego typu ruchu i objęcia LKS-u?

Pracowałem kiedyś w Victorii, wprowadziłem drużynę do IV ligi, w której dalej graliśmy. W pierwszym sezonie było tak, że z ligi spadało bardzo dużo zespołów. Ciężko było nam się utrzymać. Wtedy trenerami byli Grzesiek Komor i Henio Grodecki. Ja wziąłem zespół po Panu Grodeckim i prowadziłem jedną rundę. Natomiast w drugim sezonie już sam prowadziłem drużynę. Awansowaliśmy z drugiego miejsca. Z tego, co pamiętam, zespół, który zajął pierwsze miejsce w naszej okręgówce, zrezygnował. Wtedy złe były zapisy na temat awansów w regulaminach. Było wówczas tak, że jeżeli pierwszy zespół nie chciał awansować, to zastanawiano się, czy dopuścić drugi zespół. Natomiast teraz, jeżeli pierwszy zespół nie chce awansować, to drugi awansuje, a jeżeli drugi nie chce, to już trzeci nie może, tylko zostaje czwartoligowiec z dołu tabeli. Mam więc troszeczkę doświadczenia. Jako szkoleniowiec pracuję dość długo. Kilka lat temu ukończyłem Szkołę Trenerów w Warszawie. Mam uprawnienia klasy UEFA A. Wtedy było nas 26-ciu na tym kursie. Kończyłem kurs z Grześkiem Nicińskim, Tomkiem Kiełbowiczem, Andrzejem Kobylańskim, czy z jednym z obrońców Zagłębia Lubin, którego nazwiska teraz nie pamiętam.

Szeroko znane nazwiska.

Sami starzy wyjadacze. Do tego Muszyński z Legii (Marcin – przyp. red.), który teraz zajmuje się bramkarzami. Wiadomo, jakieś doświadczenie już człowiek ma. Moja praca uniemożliwia mi jeżdżenie i szukanie wyzwań. Pracuję na MOSiR-ze w Parczewie już od trzydziestu kilku lat. Szukam więc „wyzwań” bliżej, by godzić trenowanie z pracą. Zawsze zajmowałem się albo grupami młodzieżowymi, albo trenowałem gdzieś w Parczewie. Ostatnio zaproponowano mi Wisznice. Zgodziłem się, żeby odpocząć trochę od tego środowiska. W Wisznicach zrobiłem awans, utrzymałem tę drużynę na dobrym miejscu (szóste miejsce w bialskiej okręgówce – przyp. red.). Potem przed sezonem nie podobały mi się pewne sprawy, które sygnalizowałem. Zresztą widać teraz gdzie oni są (obecnie Tytan zajmuje ostatnie, czternaste miejsce – przyp. red.). Zrezygnowałem trzy tygodnie przed sezonem, bo widziałem, że te przygotowania to nie były przygotowania i nie chciałem brać odpowiedzialności za coś, na co nie miałem wpływu. Pół roku odpocząłem. Do przyjścia tutaj skłoniło mnie to, że znam tych ludzi, którzy grają, oglądałem ich mecze. Przegrywali spotkania, ale jakiegoś wielkiego wstydu nie było jak na beniaminka. Wiadomo, że głównym problemem było to, że nie potrafili wygrać.

Właśnie. Panie trenerze, czas spędzony w Tytanie przez kibiców jest określany jako „kawał dobrej roboty” z Pańskiej strony. Trudno więc pytać mi o najważniejszy cel w nowym środowisku, bo on wydaje się oczywisty, więc zapytam o to, jakie będą środki, by ten cel osiągnąć. Co, oprócz waleczności, ma zapewnić LKS-owi gromadzenie punktów?

Tak jak powiedziałem: trzeba zacząć od przygotowania. Podstawą jest poszerzenie kadry, żeby nie było tak jak do tej pory, że jeździli w jedenastu na mecze, ale też zawodnicy siedzący na ławce mają być dla tej drużyny wzmocnieniem. Nie może być tak, że w końcówkach przegrywają spotkania. Będziemy się starać, żeby mieć więcej zawodników, na poziomie i wytrenowanych. Później zechcę wprowadzić swój styl. Będzie to określona taktyka, oczywiście dobrana do możliwości tej drużyny i w zależności od przeciwnika. Będziemy starać się grać odważniej, żeby nie tylko się bronić, ale także atakować. Z tego, co widziałem, zawodnicy mieli problem ze strzelaniem bramek. A gdy tracili jedną, to później rozwiązywał się worek z bramkami. I to właśnie chcę poprawić, poprzez dobre przygotowanie, poszerzenie kadry, wprowadzenie swojego stylu, który zawsze mi towarzyszył, także w dawniejszych czasach. Nawet jeżeli moje drużyny spadały, to potrafiły wygrywać. Bardzo potrzebne będzie to, żeby ci ludzie uwierzyli, że w tej lidze też można wygrywać. Do tego będziemy dążyć. Do wygrania najbliższego meczu. Pierwsza szansa będzie w starciu z Włodawianką. Jeżeli oni zobaczą, że da się wygrać mecz w lidze i będą dobrze się czuli, to może pójdą za tym wiara i chęci do grania, żeby gromadzić te punkty.

Kojarzy mi się to z efektem kostki domina. W jednym z wywiadów także kierownik Artur Jaszczuk przypominał o przykładzie Kryształu Werbkowice. Na początku im nie szło, a jak wiadomo, później poszło to w zupełnie inną stronę.

Powiem szczerze, że widziałem Kryształ Werbkowice, gdy grali w Parczewie z Milanowem (4:1 dla Kryształu – przyp. red.). Moim zdaniem grali nawet lepiej niż Chełmianka. Dziwiłem się, że tak długo zaskakiwali, widocznie czegoś tam brakowało. Piłka nożna to jest przede wszystkim sport dla ludzi dobrze przygotowanych. I to widać na tym przykładzie. Nawet jeżeli drużyny na tym poziomie jak Kryształ nie wejdą na odpowiednie obroty, to nie potrafią zdobywać punktów. Można było to zaobserwować ostatnio w lidze angielskiej. Było też tak kiedyś z Chelsea po sezonie mistrzowskim. W tej chwili jest tak z Leicester, w tej drużynie coś dzieje się w głowach. Od strony psychologicznej na pewno brakuje tam wiary w siebie, a gdy jeszcze na boisku widzą, że się nie układa, to się poddają. Natomiast gdy strzela się bramkę, wygrywa się mecz, wtedy w drużynie zaczyna się dziać coś pozytywnego. Nie jest to proste, to się toczy swoim rytmem. Powtórzę, że drużyna musi być dobrze przygotowana. Jeżeli zawodnik wierzy, szybko biega, dobrze myśli, zespół się umiejętnie przesuwa, bramkarz dobrze broni, wszystkie linie działają, zawodnicy są w miarę agresywni, nie ustępują, to wtedy każdy widzi, że się da wygrać.

Można powiedzieć, że chodzi o klasyczny samograj?

Tak, tak. Chodzi o to, że to się musi napędzać.

Padła już nazwa Chelsea, więc muszę dopytać, czy to prawda, że trener inspiruje się grą londyńczyków?

Powiem tak: na pewno lubię Chelsea. Mam syna w Anglii, który chodzi na mecze, a sam lubię ich oglądać.

To bardziej zamiłowanie do obecnej Chelsea i nowinek taktycznych Antonio Conte, czy do starej dobrej Chelsea, powiedzmy, z czasów świetności Jose Mourinho?

Obserwowałem ten zespół w różnych etapach. Ostatnio zagrali słabiej, jednak Tottenham troszkę ich zdominował (4 stycznia Spurs wygrali w lidze 2:0 – przyp. red.). To nie była ta Chelsea co zwykle. Natomiast wcześniejsze mecze to była Chelsea, która mi się podobała. Grają szybko, zdecydowanie. Nie wiem, czy słyszał pan coś na temat ostatniego meczu Bournemouth z Arsenalem?

Tak, było 3:3 (mecz ligowy z 3 stycznia – przyp. red.).

Dokładnie. Pierwsza z drużyn była skazana na przegranie tego meczu. Okazało się, że po prostu zaczęli grać, byli nawet dobrze przygotowani, wychodzili do rywala, wierzyli w swoje umiejętności i przede wszystkim się nie bali. Strzelili bramkę, później ni stąd, ni zowąd przypadkowy rzut karny i zrobiło się 2:0, potem 3:0. Niektórym zawodnikom zabrakło jednak doświadczenia, żeby ten wynik utrzymać. Piłka nożna jest nieobliczalna. Jak zaczniesz się wyłącznie bronić, to też może się źle skończyć. Podobnie, jak będziesz chciał tylko atakować. Wszystko musi być zrównoważone. Piłkę trzeba trzymać jak najdalej, atakować, a gdy trzeba, to wyprowadzać groźne kontrataki. Interesuje mnie właśnie taki styl. Dobrze się bronić, szybko się przesuwać w poziomie i w pionie, być przygotowanym pod przeciwnika i przede wszystkim wyprowadzać groźne kontry poprzez skrzydła. Jeśli nie ma się luksusowych zawodników z przodu, to trzeba grać dobrze skrzydłami. My słabiej gramy skrzydłami. Będziemy chcieli to odbudować, żeby dogrywać piłki do środka. Popracujemy nad stałymi fragmentami gry, bo dostałem ludzi z potencjałem. Widziałem, że traciliśmy dużo bramek po stałych fragmentach. Mam swoje przemyślenia na ten temat, będę chciał podpowiedzieć, kiedy i co mają robić w takich sytuacjach. Chcę stworzyć system gry, tak, żeby każdy zawodnik wiedział, co ma robić indywidualnie i co ma robić zespołowo. Będę tego pilnował. Jeżeli oni będą to wiedzieć, to może uda się poprawić ten element. Jak wygramy najbliższy mecz, to będziemy chcieli wygrać następny, a jak wygramy następny, to będziemy chcieli wygrać jeszcze kolejny. Nie mogę od razu powiedzieć, że my mamy wszystko wygrywać. Dla mnie najważniejsze jest, żeby wygrać najbliższy mecz.

Wszystko zgodnie z zasadą: jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz.

Tak. Wracając do Anglii, to byłem tam na kilku meczach. Na przykład na Wembley, gdy Anglia grała przy 90-tysięcznej publiczności z Peru (3:0 dla gospodarzy – przyp. red.). Interesuje się tą brytyjską piłką i mam swoje przemyślenia. A tutaj nie pcham się na salony. Na co dzień zajmuję się imprezami sportowymi.

W jakim charakterze?

Jestem starszym referentem ds. organizacji imprez sportowo-rekreacyjnych w mieście i w powiecie parczewskim. W tej chwili organizuję ligę halową. Poza tym organizujemy turnieje dla dzieci. Tym się zajmuję od trzydziestu dwóch lat na MOSiR-ze. Spędziłem grubo ponad trzydzieści lat na boisku. Skończyłem grać w okręgówce, gdy miałem jakieś czterdzieści pięć lat. Udało się nawet strzelić sporo bramek.

Rozumiem, że zawirowania wokół prezesa i zmiany na górze są póki co Panu obojętne?

Dla mnie nieważne, kto będzie tym prezesem. Ważne, żeby zostały stworzone podstawowe warunki do treningu, żeby można było zagrać na przyzwoitym boisku. Zawodnicy muszą wiedzieć, że ktoś o to walczy. Nie oszukujmy się, nawet na poziomie IV ligi są wypłacane drobne premie meczowe, czy stypendia. Tylko wiadomo, że wszystko zależy od możliwości klubu.

Dokładnie. Panie trenerze, zapytam jeszcze o kwestię techniczną. Czy wiosną mecze domowe nadal będą rozgrywane na parczewskim MOSiR-ze?

Victoria miała w A klasie dużo meczów rozegranych poza Parczewem. Teraz będą mieli dziewięć spotkań u siebie. Większość meczów starano się grać w niedzielę, teraz część z nich będzie też w sobotę, bo inaczej się tego nie pogodzi. Z jednej strony jest I Liga Wojewódzka Juniorów Starszych, która gra na głównej płycie, do tego jest A klasa seniorów Victorii plus Milanów, który dalej będzie wypożyczał to boisko. Runda wiosenna szybko się zaczyna. Zobaczymy, jakie będą warunki, czy przełożą jedną kolejkę, czy zaczniemy od razu. Trudno powiedzieć. Ale Milanów dalej będzie grał na tym obiekcie. Tak się przynajmniej dogadano.

Pytam, bo pojawiały się pytania, kiedy mecze domowe mogłyby być rozgrywane w Milanowie.

Z tego, co wiem, planowana jest budowa boiska w Milanowie. Podobno powstaje projekt, tak żeby w okresie wiosenno-letnim zacząć coś budować. Pewnie na boisku w Milanowie przez najbliższy rok, czy dwa będzie się coś działo. Nawet jeżeliby nie udało się utrzymać, to na pewno nie graliby już w Parczewie. Najbliższe miejsce, jakie nadawałoby się na klasę okręgową, to jest Wohyń. Boisko oświetlone, wymiarowe, w miarę równe, są dobre warunki itd. Pozostaje kwestia doinwestowania w ten obiekt. Milanów grając w Parczewie, też na tym stracił, bo oni się czują tak, jakby grali na wyjeździe.

Pańskim zdaniem można to porównać do sytuacji np. Górnika Łęczna, który rozgrywa mecze w Lublinie?

Wydaje mi się, że też coś w tym jest. Drużyna u siebie lepiej się prezentowała, kibice ją wspomagali. Przez to, że przestali grać u siebie kibice się odwrócili. W sumie zadecydowały chyba względy finansowe. Oni mieli u siebie swój styl. Trzymali się go. Pamiętam, jak grałem z nimi z Wisznicami (przeciwko Górnikowi II Łęczna – przyp. red.). Czasami nawet byliśmy od nich lepsi, a nie potrafiliśmy tam wygrać, ponieważ tam się trudno gra. To boisko jest specyficzne. I dlatego w okręgówce ciężko się z nimi grało. Z kolei u siebie, na dużym boisku, już grało się inaczej. Podobnie tutaj. Gdy Milanów przeniósł się ze swojego boiska na nasze równe boisko, to drużynom przygotowanym techniczno-taktycznie, na równej płycie dobrze grały. I dlatego Milanów miał problemy z zagraniem całego meczu na takim poziomie, żeby wynik był pozytywny dla nich. Na przełomie meczu były i dobre momenty, ale zawsze czegoś brakowało. Zupełnie inaczej by to wyglądało, gdyby grali u siebie. Przede wszystkim oni tu rzadko trenowali. Jeżeli nie czujesz boiska, to musi być nie wiadomo jak silna drużyna, żeby sobie radziła wszędzie. A oni są na dorobku. To, że zespół tak łatwo awansował do IV ligi, to nie znaczy, że łatwo zrobi w niej karierę. Jest to jednak spory przeskok.

Panie trenerze, z jednej strony mamy początek roku 2017, z drugiej, lada moment zaczyna się druga część rozgrywek. Zapytam więc w taki sposób: czego życzyć zarówno zespołowi, jak i Panu trenerowi na ten okres?

Przede wszystkim trzeba życzyć spokoju organizacyjnego i skompletowania kadry, żeby było z kim pracować. To jest podstawa. Mało tego, żeby ci, co grali, zostali. I żebyśmy dobrali ludzi, którzy w tym komforcie organizacyjnym będą się angażować. Myślę, że w dużym stopniu poprawiłoby to wyniki i wewnętrzne samopoczucie chłopaków i działaczy. Należy życzyć tego, żebyśmy z zaangażowaniem i wiarą przystąpili do tego projektu na nową rundę. Natenczas zostałem tylko przedstawiony, porozmawiałem krótko z zawodnikami w Milanowie i zostawiłem ich, żeby rozliczyli się z przeszłością. A jeżeli rozliczymy się z przeszłością, to będziemy mogli z optymizmem patrzeć w przyszłość.

0 0 vote
Article Rating