Zmiana Krzyżowa #1: Paweł Jaroszyński

Zmiana Krzyżowa #1: Paweł Jaroszyński

Zmiana krzyżowa to jedno z podstawowych zagrań w taktyce piłkarskiej. W serii wywiadów Kacper Ciuksza i Filip Ogórek na zmianę zadają pytania piłkarzom, trenerom i działaczom związanym z województwem lubelskim. Ich pierwszym gościem jest Paweł Jaroszyński, wychowanek Górnika Łęczna, z którego wypłynął na szerokie wody piłkarskiego świata. Obecnie Paweł jest piłkarzem włoskiej Salernitany, do której został wypożyczony z Genoi. 25-letni zawodnik opowiedział o początkach kariery w Górniku, grze w Ekstraklasie oraz latach spędzonych we Włoszech. Zapraszamy do lektury!

Kacper Ciuksza: Zacznijmy od początków Twojej kariery. Twój tata Piotr Jaroszyński był piłkarzem i jako dziecko na pewno bez przerwy oglądałeś go w tej roli. Jak dużą inspiracją musiało to być dla Ciebie do pójścia w jego ślady?

Paweł Jaroszyński: Od małego razem z mamą chodziliśmy na mecze taty. Wiadomo, że wtedy mało co rozumiałem i zamiast oglądać mecz, biegałem za piłką razem z dziećmi innych zawodników. Mimo wszystko to była wielka fascynacja. Wielu ludzi i wrzaski kibiców, gdy padała bramka. To wszystko robiło na mnie naprawdę duże wrażenie. Później już jako starszy chłopiec cały czas kopaliśmy piłkę z tatą. Potem zacząłem trenować, najpierw ze starszymi rocznikami, bo nie było dla mnie grupy. Obecnie mamy grupy takie jak np. żaki, ale kiedyś tego nie było. Mniej więcej w wieku siedmiu lat moja przygoda z piłką ruszyła na dobre i wystartowałem z systematycznymi treningami.

Kacper Ciuksza: Kto był Twoim piłkarskim idolem?

Na pewno nie odpowiem na to pytanie. Nie miałem jednego czy dwóch idoli, kto był najlepszy, ten zwracał moją uwagę (śmiech).

Filip Ogórek: Wasz rocznik 1994 w Górniku Łęczna jest już owiany legendą. Twój trener po latach prowadził inne grupy i nawiązań do was były dziesiątki, a może nawet setki. Byliście postrachem województwa, awansowaliście na mistrzostwa Polski, gdzie lepsza okazała się Cracovia, a Ty przeszedłeś właśnie do drużyny “Pasów” zaraz po tych spotkaniach. Jak wspominasz ten czas, trenera i sam dwumecz przegrany 2:3? Wtedy było naprawdę blisko, żeby zespół z Krakowa wyeliminować.

To były fajne czasy. Od momentu, kiedy trafiłem do trenera Sławomira Pogonowskiego, był również rocznik trenera Hermana. Jeśli się nie mylę, oni byli 1992 i 1993, a my 1994 i 1995. To były dwie drużyny, które szły zawsze ramię w ramię po dwa mistrzostwa ligi. Tak starszy rocznik, jak i nasza ekipa często już na kilka kolejek przed końcem zapewniały sobie tytuł. Do tego dochodziły indywidualne osiągnięcia, przykładowo Damian Drzewiecki (obecnie zawodnik KS Wieczysta Kraków – przyp. red.), otrzymał wyróżnienie dla najlepszego bramkarza sezonu. Ja zostałem najlepszym strzelcem, bo wtedy grałem jeszcze w pomocy lub w ataku. To były na pewno 2-3 lata naszej świetności. Ekipa była bardzo mocna, jedynie szkoda, że dzisiaj jest nas tak mało w Polsce i na świecie. Kilku piłkarzy z tego zespołu naprawdę mogło zrobić dużą karierę, gdyby może troszkę pomogło szczęście. Jeżeli chodzi o końcówkę z samym Górnikiem, to ten dwumecz z Cracovią bardzo zapadł mi w pamięć. U nich wygraliśmy 1:0, a u siebie po mojej bramce nawet prowadziliśmy, ale pod koniec wszystko się posypało, chociaż było bardzo blisko. To był z pewnością najlepszy okres w Łęcznej, nawet pomimo wszystkich zawirowań wokół klubu i wszystkie grupy młodzieżowe były bardzo solidne, a nam udało się pokazać na tle całej Polski.

KC: Po tamtym sezonie przeszedłeś do Cracovii. Pierwsze dwa lata spędziłeś w Młodej Ekstraklasie i drugiej drużynie. Wyjeżdżając, byłeś młodym chłopakiem. Duże miasto, wiele pokus.

Na pewno, nie było rodziców i trzeba było sobie radzić samemu. Zacznijmy od tego, że trafiłem do szkoły sportowej, która obsadzała też zawodników naszej drużyny. Nie byłem więc sam, tylko z kolegami z zespołu. Na plus było też to, że mieszkałem w centrum sportowym i miałem swój pokój. Pomagały nam panie w pralni, dawaliśmy im wszystko, co się dało do prania. Początki były ciężkie i pod koniec miesiąca trzeba było korzystać z pomocy rodziców. Zawsze czegoś brakowało, ale w drużynie szybko się zadomowiłem i nie było żadnych problemów. Duże miasto, większe pokusy, ale zawsze była pewna kontrola od trenerów, ale też samokontrola.

FO: Skoro o trenerach mowa, to w Łęcznej, jak sam wspominałeś, byłeś bardzo bramkostrzelny i to zdobywanie goli było Twoim najważniejszym zadaniem, a tu nagle ktoś w Krakowie wpadł na pomysł, że może zrobimy z Pawła lewego obrońcę. Nie miałeś gdzieś z tyłu głowy, że to szaleństwo?

Nie zapomnę tej rozmowy. Trener Stanisław Owca po jednym z treningów powiedział mi, „słuchaj, chciałbym zrobić z Ciebie lewego obrońcę”. Rzeczywiście byłem w dużym szoku, ale trener zaczął tłumaczyć, że mam takie i takie walory. Mówiło tym, że jestem mocny fizycznie, wybiegany, z dobrą wrzutką, mam ciąg do przodu, ale też dobrze bronię. To nie była już Młoda Ekstraklasa, tylko druga drużyna. Zacząłem tam występować z seniorami i wyglądało to naprawdę dobrze. Byłem zadowolony, a ta pozycja zaczęła mi odpowiadać. Jednak ta pierwsza myśl to była rzeczywiście “No zwariował, ja na lewej obronie? Mam się cofnąć?”. Jak widać miał do tego nosa, co pokazała przyszłość. Później zadebiutowałem przecież w pierwszym zespole i zagrałem w kadrze. Nie wiem, jak potoczyłaby się moja kariera, gdybym został na początkowej pozycji. Dziś jestem, tu gdzie jestem i czuję ogromną radość z tego, że tak się stało.

KC: Twój debiut w Ekstraklasie – 75 minut z Zagłębiem Lubin. Jak to wyglądało? Stresowałeś się?
Byłem bardzo zestresowany i nogi same się uginały. Tak naprawdę to było niesamowite przeżycie, wcześniej nie miałem styczności z pierwszym zespołem. Jeszcze, gdy grałem w rezerwach Cracovii, trener Wojciech Stawowy przyszedł jako szkoleniowiec i od razu awansował do Ekstraklasy. Wcześniej czasem pojawiałem się jako uzupełnienie drużyny na treningi z seniorami, ale nie wiedziałem, jak wygląda ta atmosfera meczu na najwyższym poziomie w dorosłej piłce. Potem zostałem włączony do pierwszego zespołu. Tak naprawdę znikąd trener wziął mnie na rozmowę i powiedział, że chciałby mnie wziąć na mecz i dać szansę od początku. Chciał mnie chyba trochę mentalnie przygotować, ale nie wiem, czy wyszło mi to na dobre, bo w zasadzie pół nocy nie spałem. W głowie miałem tylko to, że jutro będę grał. Następnego dnia wyszedłem na piękny stadion, było czuć zapach świeżo skoszonej trawy. To był bardzo dobry czas dla mnie, bo wszystko się układało i szedłem krok po kroku po drabince do góry.

FO: Właśnie po tej drabince powoli wspinamy się już do Chievo. Sezon 2017/2018 i trener Rolando Maran. Często się słyszy, że piłkarskie Włochy słyną z fantastycznego przygotowania taktycznego. Często mówią o tym nawet piłkarze, którzy przechodzą nie tylko z polskiej Ekstraklasy. Czy poczułeś, że odprawa w Cracovii, a odprawa w Chievo to dwa różne światy?

Już byłem ganiony za to przez różnych trenerów w Polsce, że tak mówię, ale nie jestem pierwszy i nie będę ostatni – przepaść jest ogromna. Nie chcę źle zabrzmieć, ale samo rozumienie piłki jest na dwóch różnych poziomach. Miałem spore braki i okres, który tu początkowo przeżyłem, dał mi bardzo dużo, nawet pomimo tego, że nie grałem. Czasem trenerzy we Włoszech zrzucają do Primavery, w której może grać dwóch piłkarzy z pierwszej drużyny. W Chievo trener tego nie praktykował. Chciał zdrowych zawodników u siebie i już same treningi dały mi wiele, wiele więcej niż regularne granie w Polsce.

FO: Jaką największą różnicę zauważyłeś jako lewy obrońca w Ekstraklasie, a w Serie A?

Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć, ale chyba samo poruszanie się po boisku. Lepiej mądrze stać, niż głupio biegać. Wiele trzeba przewidywać i dużo mocniej realizować plan. Wszystkie detale były mi przekazane od początku. Również indywidualności, tutaj gracz z ogromną jakością robiący przewagę dryblingiem był już nie do zatrzymania. Przez 90 minut nie było innego wyjścia niż mieć oczy dookoła głowy i być maksymalnie skupionym. Ponadto poruszanie się w linii, cała obrona jako kompakt, mieliśmy to wałkowane na każdym treningu.

KC: Twój debiut przypadł na derby z Hellasem, wielki mecz w Pucharze Włoch. Miałeś podobne odczucia jak przy debiucie w Cracovii?

Na pewno nie. Tutaj wiedziałem, że przepracowałem sporo czasu. Wiedziałem, co mam robić, bo wszystkie wytyczne na odprawie są jasne. To, co się trenuje, to też robi się w meczu. Nie ma zachowań, że może się coś wydarzy, a może się nie wydarzy, może pobiegnę tu, a może nie pobiegnę. Mamy jasno określone zadania od sztabu i musimy je wykonywać. To był mój pierwszy mecz przy takiej liczbie kibiców. Derby to są derby, nieważne gdzie. Emocje były ogromne i niewiele brakowało, ale ostatecznie przegraliśmy po serii rzutów karnych i marzenia się posypały. Tym dramatyczniej, że ostatniej jedenastki nie wykorzystała klubowa legenda Sergio Pellissier.

FO: Powiedziałeś, że przed tym debiutem czułeś się pewnie. W Polsce rozmawia się dzisiaj dużo o pracy z psychologiem i skupieniu na przygotowaniu mentalnym, a w zasadzie jego braku. Czy we Włoszech pracowałeś z kimś takim, co pomogło Ci być pewniejszym siebie?

To nie była kwestia psychologii, a raczej przygotowania piłkarskiego. Chodzi mi o to, że jasno usłyszałem, co mam robić. Dzień przed meczem byłem tak przygotowany taktycznie, że mogłem sobie wyobrazić co mam zrobić i jakie sytuacje wydarzą się na boisku. Z każdej okoliczności było jedno, jeśli nie dwa wyjścia, dzięki czemu wykonanie było dla mnie łatwiejsze. Pod względem psychologa, to rzeczywiście działał przy klubie i sam korzystałem z jego usług. Ćwiczenia i rozmowy też na pewno miały wpływ.

KC: Twój debiut w Serie A przypadł na porażkę z Interem 0:5, jednak zagrałeś w tym spotkaniu tylko 3 minuty. W następnym starciu z Romą u siebie nie straciliście bramki. To był chyba sygnał dla trenera, że wchodzisz do składu po wysokiej porażce, znów z mocnym rywalem i pomagasz drużynie zachować czyste konto. Jakie to wrażenie zagrać przeciwko takim zawodnikom jak Radja Nainggolan, Aleksandar Kolarov czy Stephan El Shaarawy?

Kiedyś, gdy oglądałem mecze, to nie wyobrażałem sobie tego. Liga Mistrzów, wielkie gwiazdy, drużyny takie jak Roma, Inter, Milan, Juventus. Tylko w telewizji mogłem ich zobaczyć i to przy zbliżeniu na ich twarze widziało się, jak wyglądają (śmiech). Wtedy mogłem stanąć obok nich, zmierzyć się ramię w ramię i pojedynkować się z nimi. Tamten mecz zagrałem bardzo dobrze, bo rzeczywiście z wielką Romą udało nam się zremisować, a przecież grali wtedy w Lidze Europy. To było na pewno piękne przeżycie, z którego mam kilka zdjęć pamiątkowych. Natomiast jeśli chodzi o sam debiut, to kiedyś pojechałem do Mediolanu do dziewczyny, która zresztą teraz jest moją żoną. Mieszkała tam przez kilka lat. Zwiedzaliśmy San Siro z wycieczką, stanąłem na murawie i powiedziałem jej, że ja tu jeszcze wrócę. Wyobraźcie sobie kilka lat później, przyjeżdżam do Mediolanu i gram tam swój pierwszy mecz. Aż ciężko w to uwierzyć i nie sposób o tym zapomnieć.

FO: Jeśli rozmawiamy o wielkich klubach to grzech nie wspomnieć o Juventusie. Twój pierwszy kontakt z ekipą z Turynu i mocno pechowa porażka 0:2. Dopiero pod koniec meczu rywalom udało się rozstrzygnąć spotkanie na swoją korzyść. Kończyliście to starcie w dziewiątkę, ale Ty znowu zaprezentowałeś się naprawdę dobrze.

Ten mecz stał na wysokim poziomie. Bardzo dobrze się broniliśmy, ale straciliśmy dwie dosyć pechowe bramki, które były efektem czerwonych kartek i idącego za tym zmęczenia. To nie było tak, jak mógłby mówić wynik.

KC: Byłeś widoczny również w ataku. Przy 0:0 dałeś drużynie kilka impulsów w grze ofensywnej.

Naprawdę dobrze się czułem w tamtym spotkaniu. Pierwszy sezon to była ciężka praca, żeby zasłużyć w ogóle na podstawowy skład. Granie „za nic” nie było możliwe i ogromną radość dawało mi to, że mogę pomóc drużynie. Tym bardziej że niewielu Polaków mogło wystąpić kiedykolwiek w Serie A, a ja jestem częścią tej historii. Obecnie jest nas coraz więcej i chwała nam za to, bo robimy naprawdę świetną robotę. Oby było nas jak najwięcej, jednak wtedy ja i Mariusz Stępiński byliśmy jednymi z nielicznych, poza oczywiście Arkiem Milikiem czy Piotrkiem Zielińskim.

FO: Wracając na chwilę do Juventusu. Douglas Costa jest tak szybki, jak można to zobaczyć w telewizji?

Realnie jest jeszcze szybszy (śmiech). Potwierdzam, prawdziwy motor. Niesamowite odejście, panowanie nad piłką i inteligencja. Fenomen.

FO: Utrzymywałeś jakiś kontakt z Piotrem Zielińskim czy Arkadiuszem Milikiem? Wasze drogi się przecięły?

Nasze pierwsze spotkanie odbyło się w trakcie sparingu i wtedy też się poznaliśmy. Natomiast jeśli chodzi o kontakt, to bardziej kojarzyłem Karola Linettego, z którym byłem choćby na Euro. Z biegiem czasu na meczach, niezależnie czy graliśmy z Sampdorią, Napoli czy później z Arkiem Recą w Atalancie, to zawsze przed czy po spotkaniu zamieniliśmy kilka słów.

KC: Pierwszy sezon w Chievo był udany, zakończyliście rozgrywki w środku tabeli. Potem jednak spadek, po którym zgłasza się po Ciebie Genoa i wykłada niebagatelną sumę prawie 3 milionów euro. W Genui byłeś tylko przez miesiąc, a później zostałeś wypożyczony. Zdziwiła Cię ta sytuacja?

Przepracowałem tam jedynie okres przygotowawczy, a później trener stwierdził, że nie będzie na mnie stawiał i będę dla niego drugim lub trzecim wyborem. Sytuacja potoczyła się tak, że przyszedłem do Salernitany. Trener tego zespołu dzwonił do mnie co dzień-dwa, mówił, że czeka na mnie i chce, żebym tu przyszedł. Dla mnie najważniejsza była regularna gra. Schodzę teoretycznie level niżej, ale ten poziom wciąż gwarantuje mi rozwój. Jestem tutaj chciany, potrzebny i mogę budować swoją markę.

FO: 27 meczów, ciągle dobre noty. Liczysz na powrót do Genui po sezonie?

Jesteśmy w takim momencie, że trudno o tym mówić. Zmieniłem menadżera i aktualnie reprezentuje mnie włoska agencja. Pojawiają się głosy oraz zapytania. Jestem wypożyczony do Salernitany z opcją pierwokupu. Wszyscy są na tak, ale kwota wykupu to 2,7 miliona euro. Jeśli w Salerno zdecydują się na wykup, to na pewno poczułbym się jako osoba dużo znacząca. Chociaż nie będę ukrywał, że wciąż najmocniej interesują mnie ligi na najwyższych poziomach. Wiele okaże się pewnie po sezonie, czy budżety klubowe spadną i jak będzie wyglądał rynek.

KC: Jaki kierunek najmocniej Cię interesuje? Chciałbyś zostać we Włoszech?

Tak. Znam włoską piłkę i język. Jednak zawsze tym kierunkiem, który trochę mnie kręci jest Bundesliga. Jeśli nadarzy się taka okazja, to chciałbym tam zagrać choćby przez rok.

FO: W Salerno znowu cofnąłeś się bliżej bramki. Teraz grasz na pozycji lewego środkowego obrońcy. Nie gryzie Cię to, że jesteś coraz dalej od pola karnego rywali?

Nie. Im więcej poznam pozycji, tym bardziej stanę się kompletny. Wciąż chcę się doskonalić i taka rotacja jest dla mnie jak najbardziej wskazana. Może ta pozycja jest dla mnie najbardziej odpowiednia? Rozegrałem tam cały sezon i to ogromny bagaż doświadczeń. Wszystkie te sytuacje, które przeanalizowałem, wygrane czy przegrane dadzą mi wiele i nie będę miał żadnych problemów z przestawieniem się.

FO: Dwa sezony w Serie A, czujesz, że to doświadczenie pozwala Ci przewyższać drugi poziom rozgrywkowy?

Na pewno tak, bo to duży przeskok jakościowy. Może nie jest łatwo, ale łatwiej. Mam możliwość przekazania kolegom z drużyny kilku wskazówek. Wiele pomysłów i rozwiązań, które zebrałem w klubach Serie A, można wykorzystać i przekazać w dobry sposób. Trochę się nasłuchałem, potrenowałem z Włochami i czuję, że mam dzięki temu pewną przewagę.

FO: Jaki był najlepszy piłkarz, z którym lub przeciw któremu grałeś?

Suso. Wtedy grał w Milanie, a teraz jest zawodnikiem Sevilli. To piłkarz, z którym nie wiem, czy wygrałem jakikolwiek pojedynek. Tamten mecz mógłby się dla mnie nie odbyć, zdecydowanie mój najgorszy w Chievo.

KC: A trener? Pod jakim względem?

Pierwsze wrażenie i pierwszy trener we Włoszech. Wszystkiego musiałem się nauczyć na nowo i na raz, więc trener Maran. Natomiast jeśli chodzi o znajomość całej bazy piłkarskiej, to myślę, że trener Giampiero Ventura, który aktualnie prowadzi mnie w Salerno. Ten szkoleniowiec świetnie potrafi dotrzeć do zawodnika, przekazać wiedzę, a do tego jest wybitnym taktykiem. To, co czasem robiliśmy z innymi drużynami, po prostu trzeba to zobaczyć. Potrafi zrobić coś z niczego. Przed sezonem byliśmy zlepkiem ludzi z różnych krajów, różnych lig, na wypożyczeniach. Nikt nikogo nie znał, a on wyrzeźbił z nas naprawdę dobrą drużynę.

FO: Czy zobaczymy Pawła Jaroszyńskiego na Mistrzostwach Świata w Katarze? Co sam zainteresowany o tym myśli?

Na pewno trzeba poczekać. To realne, tylko należy to udowodnić.

Kacper Ciuksza i Filip Ogórek: I tego Ci życzymy.

 

Materiał powstał we współpracy Kacpra Ciukszy i Filipa Ogórka

fot. Instagram Paweł Jaroszyńskiego

0 0 vote
Article Rating