Karol Bielecki – historia sportowego herosa

Karol Bielecki – historia sportowego herosa

W 2018 roku sportową karierę zakończył Karol Bielecki. Chyba nie ma zbyt wielu kibiców w Polsce, którym tego rudowłosego piłkarza ręcznego trzeba przedstawiać. Przez lata był filarem reprezentacji Polski, z którą sięgał po medale najważniejszych imprez, a do tego stanowił też o sile Vive Kielce, z którym również osiągnięć mu nie brakowało. Dziś, dzień po zakończeniu Mistrzostw Europy w piłce ręcznej, tęsknimy za takimi sukcesami naszego szczypiorniaka, więc postanowiliśmy powrócić do historii Bieleckiego i przypomnieć jego niezwykłą, heroiczną karierę.

Bielecki to bez dwóch zdań jeden z najwybitniejszych szczypiornistów w historii Polski, a nade wszystko przykład sportowca o wielkim charakterze. Niewielu podniosłoby się bowiem po tym, co spotkało Bieleckiego w 2010 roku.

Karol Bielecki i jego utrata oka w meczu z Chorwacją

Był 11 czerwca 2010 roku, a Polska rozgrywała towarzyski mecz z Chorwacją. W 10. minucie Bielecki został trafiony w oko przez jednego z rywali, a konkretnie przez Josipa Valcicia. Sytuacja mocno przypadkowa, ale jeszcze bardziej pechowa, czy wręcz dramatyczna. W szpitalu w Kielcach przeprowadzono tomografię, która stwierdziła pęknięcie gałki ocznej. Stamtąd Bielecki trafił do Lublina, do specjalistycznej kliniki okulistycznej. Poddano go zabiegowi, po którym oko reagowało na bodźce świetlne. Wydawało się, że jest szansa na uratowanie oka. Dwa dni później Bielecki przeszedł drugą operację, tym razem w niemieckiej Tybindze. Mimo wysiłków lekarzy, oka piłkarza ręcznego drużyny Rhein-Neckar Lowen uratować się nie udało.

Karol Bielecki oko stracił w boiskowej walce z rywalem, ale nie stracił wtedy swojego charakteru. Wydawało się, że ten wypadek przekreśli dalszą karierę 28-letniego wówczas zawodnika. Zresztą, dokładnie tydzień po meczu z Chorwacją Bielecki ogłosił koniec sportowej kariery, co było całkowicie zrozumiałe. Cała sportowa Polska współczuła mu tego nieszczęścia.

Karol Bielecki grał nawet po stracie oka

Bielecki szybko zmienił zdanie i poinformował, że po przejściu rehabilitacji zamierza wrócić na parkiet, mimo negatywnych rekomendacji ze strony lekarzy. Zwyciężyła miłość do sportu, piłki ręcznej i adrenaliny. Dla podjęcia ochrony zdrowego oka, Bielecki od tej pory grał w okularach, a już 22 lipca, zaledwie pięć tygodni po fatalnym wypadku w meczu z Chorwacją, zagrał w sparingu Rhein-Neckar Lowen z ekipą TSB HN-Horkheim. Rzucił nawet jedną bramkę.

Do gry w Bundeslidze wrócił już 31 sierpnia. Był to powrót w niezwykłym stylu – rzucił 11 bramek w zwycięskim meczu z Frisch Auf Göppingen. Wybrany został graczem meczu. Do reprezentacji Polski rudowłosy gigant powrócił w październiku tego samego roku. Niebawem zagrał na mundialu, a biało-czerwoni zajęli w nim 7. miejsce.

Bielecki przed feralnym zdarzeniem miał już na koncie dwa medale MŚ z reprezentacją Polski – srebrny w 2007 i brązowy w 2009 roku. Karol Bielecki oko stracił w 2010 roku, ale pięć lat później dołożył do swojej kolekcji trzeci krążek Mistrzostw Świata – tym razem brąz zdobyty w Katarze.

Kariera pełna sukcesów

Trzy medale MŚ to perła w koronie wielkiej kariery dwumetrowca z Sandomierza. Ale to rzecz jasna nie wszystkie jego osiągnięcia. Z kadrą Polaków zajął też 4. miejsce podczas Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro (2016).

Z Vive Kielce wygrał Ligę Mistrzów w 2016 roku, a dwukrotnie zajmował w niej 3. miejsca (2013, 2015). Z kolei z Magdeburgiem sięgnął po Puchar EHF w 2007 roku. Ma siedem złotych medali za Mistrzostwo Polski, oczywiście wszystkie zdobywane w zespole z Kielc. W Bundeslidze zdobył jeden brąz. Ma też kilka wyróżnień indywidualnych – był królem strzelców Młodzieżowych Mistrzostw Europy w 2002 i Młodzieżowych Mistrzostw Świata rok później. Królem strzelców został również podczas wspomnianych już igrzysk w Rio.

Karol Bielecki – wspomnienia z czerwca 2010

Tyle faktografii, ale o Bieleckim można rozpisywać się bez końca, bo to po prostu sportowy heros. Zresztą, nagroda Superczempiona Przeglądu Sportowego przyznana mu właśnie w 2010 roku mówi sama za siebie i nie jest niczym przesadzonym.

Wróćmy więc na chwilę do dramatycznych chwil, które rozegrały się na parkiecie w Kielcach podczas towarzyskiego meczu z Chorwacją, choć celniejsze byłoby stwierdzenie, że z rezerwami Chorwacji, które zostały przysłane na ten mało znaczący mecz sparingowy. Tak tamto zdarzenie wspomina Marcin Lijewski, reprezentacyjny kolega Bieleckiego:

Na początku myślałem, że Karol dostał cios w łuk brwiowy. Polała się krew. W piłce ręcznej to normalne, więc pocieszałem go po męsku: “Karol, weź przestań krzyczeć. Zaraz ci to zszyją i wrócisz na boisko”. Gdy jednak spojrzałem na jego buty, zauważyłem, że to nie tylko krew. Zmroziło mnie – opowiadał Lijewski dla portalu sport.tvp.pl.

A jak wspomina tę sytuację sam Karol? – Leżałem na parkiecie i od razu wiedziałem, że jest źle. Bardzo źle. Widziałem też minę stojącego nade mną lekarza. I przede wszystkim czułem, że z mojego oka wypływa nie tylko krew, ale coś jeszcze. Straciłem lewe oko. Wielu nie dawało mi szansy na powrót. Sam jej sobie nie dawałem, pogodziłem się z tym, że czas na nowy rozdział w życiu. Szukałem pozytywów, przekonywałem się, że wreszcie odpocznę, a później zajmę się czymś innym. Kocham grać w piłkę ręczną, ale koniec kariery to nie koniec świata. Tak to sobie dość szybko wytłumaczyłem. Jeszcze szybciej jednak wstałem i podjąłem próbę powrotu. Musiałem, bo wiedziałem, że w przeciwnym razie po pewnym czasie będę żałował i robił sobie wyrzuty – opowiadał w swojej biografii pt. „Wojownik”.

Dalej popularny „Kola” wspomina tak: Zabrali mnie zaraz do karetki, bo mieliśmy pojechać do szpitala. A tam mówią, że nigdzie się nie ruszą, dopóki koło hali nie pojawi się drugi ambulans, który zabezpieczy, trwający przecież, mecz. I wtedy nagle lekarz zaczął głośno krzyczeć, że mają się zamknąć i jechać, bo istnieje zagrożenie życia i nie ma czasu nawet na chwilę zwłoki, więc koniec dyskusji. Zbladłem po raz pierwszy tak na poważnie.

I właśnie Maciej Nowak, lekarz reprezentacji, przywołuje tamto spotkanie w rozmowie ze sport.tvp.pl.

Podbiegłem do Karola, spojrzałem na niego i wiedziałem, że to nie pęknięty łuk brwiowy, ale ciężki uraz. Nie byłem przerażony, w medycynie nie ma miejsca na strach. Trzeba działać. I działałem. Starałem się zrobić wszystko, aby mu pomóc – relacjonuje Nowak.

Wróćmy jednak do biografii Bieleckiego, w której dalej „pisze” on tak: No kur** mać, jakie zagrożenie życia?! Co tu się w ogóle dzieje?! Przecież ja grałem mecz piłki ręcznej. Taki sam, jakich wcześniej rozegrałem setki, a teraz stoję, bo mi leci krew z oka” – krzyczałem w myślach. Poza tym, przecież nic mnie nie bolało. Pewnie byłem w szoku, ale czułem się względnie dobrze, trzymałem rękę przy oku, bo kolega z przeciwnej drużyny wsadził mi tam palec, a teraz nagle słyszę, że mogę umrzeć i trzeba grzać na bombach, na cały gaz do szpitala. Tak, z pewnością byłem wtedy w szoku – wspomina.

I doprawdy trudno się dziwić temu szokowi. W jednej chwili wszystko się zmienia. Nie ma miejsca na myślenie o sporcie, o meczu, o medalowych ambicjach i planach na przyszłość. Nagle staje się w obliczu dramatycznej walki, w której jest się jedyne pionkiem w rękach lekarzy.

Bielecki w drodze do kliniki w Lublinie tracił przytomność. Stres i ogromny ból robiły swoje. – Nie jestem takim twardzielem, jak niektórym może się wydawać. Zaraz po wypadku traciłem przytomność, bo wszystko zaczęło do mnie docierać – to jeszcze raz „Kola” w książce „Wojownik”.

Przegrana walka o oko

Gdziekolwiek dzwoniłem, odbijałem się od ściany, bo na oddziałach nie było okulistów. Kielecki szpital – swoimi ścieżkami – również próbował załatwić szybką pomoc. Udało się w Lublinie. Duża w tym zasługa profesora Tomasza Żarnowskiego, który kierował miejscową Kliniką Okulistyki. Skierował nas do asystenta, który udzielił Karolowi fachowej pomocy – relacjonuje doktor Nowak dla sport.tvp.pl.

Skąd problemy z okulistami? Gdy Polacy rozgrywali feralny test-mecz z Chorwacją, w Warszawie trwał 43. Zjazd Okulistów Polskich. A czas był tutaj na wagę złota. A raczej na wagę oka. Niestety, problemy się piętrzyły, bo Bielecki miał być transportowany do Lublina helikopterem, ale finalnie musiał jechać karetką. A to blisko 200 kilometrów.

Po operacji w Lublinie usłyszał pierwszy wyrok – powrót do sportu wykluczony. Jego klub nie chciał jednak tak łatwo dać za wygraną. Postanowili walczyć. Pojawiła się nadzieja, ale Bielecki musiałby przejść serię operacji w Niemczech. Niemcy wysłali po Bieleckiego prywatny odrzutowiec do Lublina. Problem w tym, że wtedy Lublin nie miał swojego lotniska. Udało się jednak załatwić pilne lądowanie w Dęblinie, na lotnisku wojskowym. Bielecki w kordonie Żandarmerii Wojskowej został przetransportowany do Dęblina, a stamtąd poleciał do Niemiec.

Nie było jednak serii operacji. Skończyło się na jednej. Lekarze byli bezradni. I oczywiście odradzali szczypiorniście powrót do sportu.

Stypa w hotelu

Sami piłkarze ręczni reprezentacji Polski wspominają tamten dzień z ciarkami na plecach, a pewnie i na całym ciele. Kadrowicze zameldowali się w warszawskim hotelu, gdy Bielecki był operowany w Lublinie.

Nikt nie spał. Zamówiliśmy kilka skrzynek piwa i siedzieliśmy razem. Razem – my i Chorwaci. Josip Valcić wyglądał jak zbity pies, bardzo to przeżywał. Nie można go jednak winić, to był nieszczęśliwy wypadek – opowiada Lijewski.

Atmosfera była przygnębiająca. Wygraliśmy, ale to nie miało żadnego znaczenia. Byłem w tej reprezentacji nowy, dołączyłem do grupy, która była bardzo zżyta. Obserwowałem ich zachowania. Karol był dla nich kimś bliskim, członkiem rodziny. Po meczu pojechaliśmy do Warszawy, bo dwa dni później mieliśmy zagrać rewanż. W autokarze panowała cisza. Liczyło się tylko zdrowie Karola – to z kolei wspomnienia Roberta Orzechowskiego, który w tamtym meczu zaliczył debiut w biało-czerwonych barwach.

Przywoływany już w tym tekście Maciej Nowak, lekarz kadry, odbierał w nocy telefony od kolegów Karola z drużyny, a także od trenera Bogdana Wenty. Ten ostatni nad ranem dowiedział się, że szansa na uratowanie oka jest minimalna. Ponoć miał powiedzieć do Nowaka: „Czy można przeszczepić oko? Bo ja mam dwa i jedno chciałbym oddać Karolowi”.

Wielki powrót

Wspomnieliśmy już, że Karol Bielecki oko stracił 11 czerwca, a już 31 sierpnia został piłkarzem meczu w Bundeslidze. Może nie każdy jest świadomy, ale liga niemiecka uchodzi za najsilniejszą na świecie. To nie jakieś amatorskie granie. To top topów. Jak w ogóle doszło do tego, że Bielecki, mimo negatywnych opinii lekarzy, zdecydował się powalczyć o powrót do sportu, a potem tak szybko do niego wrócił?

W klubie Rhein-Neckar Lowen szybko pojawił się pomysł, żeby jednak spróbować rehabilitacji. Bielecki nie był do tego przekonany. Był w mentalnym dołku po ciosie, który go spotkał, a zdrowy rozsądek nakazywał słuchać medyków. – No ludzie, jakie granie w poważną piłkę ręczną, skoro idę do kibla i włażę w futrynę?! Według własnej opinii nie nadawałem się nawet do zwykłego biegania po linii prostej, a co dopiero do grania. A ci mi gadają o graniu w Bundeslidze, najlepszej lidze świata, gdzie występują największe asy, jakie kiedykolwiek trzymały piłkę w rękach. I teraz niby ja mam tam wrócić bez oka, założyć jakieś gogle, jak narciarz i grać na serio. Śmiech na sali. Ciekawe niby jako kto miałbym tam występować? Kompletnie tego sobie nie wyobrażałem – to znów fragment „Wojownika”.

Kola 18 czerwca w rozmowie z Polskim Radiem powiedział: „Nagle wszystko się urwało i trzeba zacząć robić inne rzeczy. Ale jestem nastawiony optymistycznie, co by się nie działo, dam radę. To tylko oko”.

Ogłosił rozstanie ze sportem, czym zasmucił, a nawet zaskoczył kolegów z reprezentacji. Wspominają oni, że nie do końca wierzyli, że to prawda. Znali Bieleckiego, wiedzieli, że to prawdziwy wojownik.

– Za dobrze go znałem. Wiedziałem, że podjął decyzję pod wpływem impulsu. Kilka dni później odważyłem się do niego zadzwonić. Przyznał się, że odbija już piłkę o ścianę. Na koniec prosił, żebym się nie przejmował, bo będzie dobrze – to znów Lijewski dla sport.tvp.pl.

Trener Rhein-Neckar Lowen, Oli Lindgren, powiedział Bieleckiemu wprost, że nie ma mowy o taryfie ulgowej i jeśli chce wrócić na boisko w meczach o punkty, po prostu musi sobie na to zasłużyć postawą na treningach. Aż trudno wyobrazić sobie, ile potu i łez kosztowała „Kolę” rehabilitacja i nauka życia bez jednego oka. Zresztą, niech każdy na chwilę zamknie sobie lewe oko i oceni, jak bardzo zmienia się pole widzenia. To może być dokuczliwe w życiu codziennym, a co mówić o sporcie na najwyższym poziomie, gdzie detale decydują o zwycięstwie bądź porażce?

Ale jak już wiemy, Bielecki w pierwszym meczu po powrocie zagrał koncert. Trafiał praktycznie z każdej pozycji i skończył mecz z 11 bramkami na koncie, a jego drużyna wygrała 28-26. Prawie 40% bramek Rhein-Neckar Lowen w tym meczu to gole Bieleckiego. Coś niesamowitego.

Poszedłem do szatni, siadłem na ławce i nie wytrzymałem, zacząłem płakać jak dziecko. Ja, wielki, dwumetrowy chłop, który nie jest wylewny, a raczej twardy i zamknięty w sobie, całkiem się rozkleiłem i po prostu wyłem. Pamiętam też rozmowę z moim ówczesnym trenerem, Olą Lindgrenem. Miałem po niej jasność, że idę dobrą drogą, bo usłyszałem to, na co tak naprawdę liczyłem. „Kola, nie jesteś dla mnie osobą z jednym okiem, na którą trzeba uważać i jakoś specjalnie traktować, tylko piłkarzem ręcznym, co do którego wymagania są takie same, jak do wszystkich innych w drużynie wspomina Bielecki w swojej biografii.

Pożegnanie wielkiego wojownika

W 2018 rudowłosy dwumetrowiec miał już 36 wiosen, ale wciąż dawał radę na poziomie krajowej Superligi i europejskiej Ligi Mistrzów. Miał ważny kontrakt w Kielcach, jednak podjął decyzję o zakończeniu karieru. W ostatnim meczu jego ekipa pokonała odwiecznego rywala z Płocka i zapewniła sobie mistrzostwo Polski. Bielecki odszedł więc na szczycie, jak na giganta przystało.

Myślałem, że zagram ostatni mecz, zdejmę koszulkę, umyję się i pojadę do domu. Tymczasem było dużo emocji i nie zapomnę tego, jak mnie żegnano – wspomina „Kola”.

Nic dziwnego, że było dużo emocji. Przed końcowym gwizdkiem, kieleccy kibice krzyczeli „Karol na boisko! W ostatniej akcji meczu Bielecki zdobył swoją ostatnią bramkę w karierze, a fani zgotowali mu owację na stojąco. Potem z głośników popłynęła legendarna piosenka Perfectu „Niepokonani”, a na telebimie wyświetlono nawet specjalny filmik z podziękowaniem od… Roberta Lewandowskiego.

Po zakończeniu wspaniałej sportowej kariery Bielecki zajął się innymi rzeczami. Ze Sławomirem Szmalem działa biznesowo w branży mieszkaniowej, również z „Kasą” organizował obozy dla dzieci pod nazwą “Kuźnia charakterów”, ponadto był restauratorem i prowadził szkolenia motywacyjne. Nic dziwnego, jego historia jest niesamowicie inspirująca i podnosząca na duchu. Nade wszystko Bielecki jest ojcem.

Czekam aż syn podrośnie. Wtedy pokopiemy albo porzucamy piłkę. Pokażę mu na YouTube, że dawałem radę. Może on też zechce spróbować? – mówił Karol w rozmowie z dziennikarzem Przeglądu Sportowego, Kamilem Wolnickim.

Dziś jego synek ma Aleksander ma 9 lat. Czy pójdzie śladami ojca? Tego nie wiemy, ale ma w domu wzór do naśladowania. Wzór wielkiego człowieka i wybitnego sportowca.